
Przyczyna śmierć pasażera samolotu rejsowego, szczególnie jeśli jest to lot zagraniczny, musi zostać dokładnie wyjaśniona. Zawsze istnieje bowiem ryzyko, że powodem tragedii jest choroba zakaźna. Taką ewentualność również wykluczano przy ustalaniu przyczyny śmierci trzylatka, który zmarł kilka dni temu podczas lotu ze Stanów Zjednoczonych do Polski.
Sprawą zajęła się prokuratura, która zleciła przeprowadzenie sekcji zwłok dziecka. Jak podaje rmf24.pl, sekcja wykazała, że trzylatek miał ostrą niewydolność krążeniowo-oddechową. Biegły nie stwierdził żadnych obrażeń mechanicznych, mogących mieć związek ze śmiercią dziecka.
Jednak jeszcze przed prokuratorskim czynnościami, tak jak przy każdej śmierci podczas podróży samolotem z innego kraju do Polski służby sanitarne sprawdzały, czy chłopiec nie umarł z powodu choroby zakaźnej, która mogłaby być groźna dla współpasażerów, czy zostać zwyczajnie zawleczona na teren naszego kraju.
– Zastosowano wszystkie procedury oraz wdrożono postępowanie przewidziane w przypadku wystąpienia zgonu pasażera podczas rejsu samolotem – zapewnia nas Paweł Abramczyk, dyrektor Departamentu Współpracy Międzynarodowej i Ochrony Sanitarnej Granic Głównego Inspektoratu Sanitarnego.
Specjalista zbadał sprawę Tłumaczy, że na pokład samolotu, po jego wylądowaniu w Warszawie wszedł pracownik Granicznego Punktu kontroli Sanitarnej (funkcjonującego w Międzynarodowym Porcie Lotniczym im. F. Chopina, Warszawa – Okęcie). Dokonał na miejscu oceny sytuacji pod kątem ewentualnego zagrożenia chorobą zakaźną, co polegało m.in. na zebraniu relacji od załogi samolotu i ewentualnych świadków na temat objawów widocznych u pasażera, jego stanu zdrowia podczas rejsu.
W ramach procedury, kapitan samolotu lub inny odpowiedzialny członek załogi, otrzymał formularz Ogólnej Deklaracji Zdrowia, w której musiał opisać według swojej najlepszej wiedzy, sytuację zdrowotną na pokładzie dotyczącą danego pasażera, w tym dające się zaobserwować ewentualne objawy choroby zakaźnej.
W tym konkretnym przypadku stwierdzono brak oznak choroby zakaźnej. Załogi samolotów posiadają przeszkolenie co do objawów chorób zakaźnych, ponadto objawy te są wymienione we wspomnianej deklaracji.
Na pokład samolotu wszedł również lekarz dyżurny, który stwierdził zgon dziecka z przyczyn naturalnych, wykluczając podejrzenie choroby zakaźnej zarówno u zmarłego, jak też u matki dziecka.
Dezynfekcja jest konieczna Jednak na tym nie kończą się sanitarne środki ostrożności. Na wszelki wypadek miejsce, na którym siedziała zmarła osoba jest gruntownie sprzątane.
Paweł Abramczyk
dyrektor Departamentu Współpracy Międzynarodowej i Ochrony Sanitarnej Granic Głównego Inspektoratu Sanitarnego
Dyrektor podkreśla, że w tym tragicznym zdarzeniu, zastosowano wszystkie procedury, przygotowane, by zapobiec zawleczeniu wysoce niebezpiecznej choroby zakaźnej na teren Polski. Procedury te uwzględniają zapisy zawarte w Międzynarodowych Przepisach Zdrowotnych WHO, przepisach prawa krajowego, jak również w rekomendacjach ICAO oraz IATA.
Kapitan decyduje Oczywiście nasuwa się pytanie dlaczego samolot lądował w Polsce, a nie np. wcześniej, kiedy tylko doszło do zgonu dziecka. Wiadomo, że chłopiec umarł kilka godzin przed lądowaniem w Polsce. Decyzję o tym, czy wcześniej lądować, czy też kontynuować podróż podejmuje kapitan samolotu.
– W momencie kiedy do załogi dotarła informacja o zgonie na pokładzie samolotu zmierzającego z Chicago do Polski, do lądowania w Warszawie pozostało około 2 godziny – była to właściwie końcowa faza lotu. Biorąc pod uwagę czas pracy załogi podczas rejsu transatlantyckiego, dystans już przebyty podczas lotu, ilość paliwa jaka jeszcze pozostała do dyspozycji, dążenie do uniknięcia niepotrzebnego stresu pozostałych pasażerów, nie jest niczym niezwykłym podjęcie decyzji o kontynuowaniu lotu do portu przeznaczenia – uważa dyrektor Abramczyk.
Napisz do autora: [email protected]
