
Wszyscy z zapartym tchem czekali na ogłoszenie przez ministra zdrowia długo oczekiwanej reformy, która zlikwiduje kolejki do świadczeń, poprawi jakość opieki medycznej i polepszy warunki pracy "białego personelu". Niestety minister Konstanty Radziwiłł zapowiedział coś na kształt reformy, która niewiele zmienia. Właściwie można powiedzieć, że jest jedynie zabiegiem propagandowym. Mało tego zmiany, których chce dokonać mogą nam pacjentom zamiast na zdrowie, wyjść bokiem.
1. Poczekajcie 10 lat
Zacznijmy od kwestii najważniejszej, czyli od pieniędzy, bo leczenie kosztuje i to coraz więcej. Powodem jest chociażby rozwój nowych technologii lekowych i nielekowych, coraz nowocześniejszy ale i droższy sprzęt diagnostyczny. Nowe sposoby leczenia i diagnostyki są niesamowite, czasami przełomowe ale kosztują. To wszystko oznacza, że na leczenie trzeba wydawać z roku na rok coraz więcej pieniędzy, nikt w końcu nie chce być leczony „po staremu”.
W Polsce według danych resortu zdrowia na ochronę zdrowia wydajemy 4,8 PKB (wliczając 0,27 proc. PKB wydatków samorządów). To mniej niż Węgry (5,1 proc. PKB), Słowacja (5,6 proc. PKB), Czechy (6,3 proc. PKB), Finlandia (6,8 proc. PKB) czy Wielka Brytania (7,8 proc. PKB), o Holandii nie wspominając bo ona wydaje 10,2 proc. swojego PKB na zdrowie obywateli.
Minister Radziwiłł w zapowiedzi swojej reformy ogłosił, że Polska poprawi się i będzie wydawać więcej na leczenie swoich obywateli i sukcesywnie dojdzie do wydatków rzędu 6 proc. PKB na zdrowie… w 2025 r.
Natomiast biorąc pod uwagę dane przedstawione przez resort, w 2017 r. ma nastąpić spadek wydatków na ochronę zdrowia do 4,38 proc. PKB, w 2018 r. wzrost do 4,58 proc. PKB (czyli mniej niż mamy obecnie), właściwie dopiero w 2020 r. ma być realny wzrost do 4,99 proc. PKB. Pytanie tylko kto będzie rządził i kto będzie ministrem zdrowia w 2020 r.? Zresztą do roku 2025 w ogóle wiele może się wydarzyć, a kraje, które dziś wydają dwa razy tyle na ochronę zdrowia co Polska, zaczną zapewne wydawać na nią trzy razy tyle co my.
Powiedzmy więc sobie szczerze, minister szykuje nam na razie raczej obniżkę wydatków na ochronę zdrowia. Niestety to nie jest dobra perspektywa dla chorych. Nawet przy racjonalizacji wydawania pieniędzy, którymi dysponuje resort zdrowia i porządkowaniu wyceny procedur, mniej pieniędzy oznacza dłuższe kolejki do świadczeń, gorszą jakość opieki i brak kadry medycznej (za głodowe pensje nie będą chcieli pracować).

2. Jak się nie ustawią, to nie będzie kolejki
Pacjenta oczywiście interesują kolejki a właściwie to kiedy przestanie tak długo czekać na wizytę u specjalisty. Minister znalazł rozwiązanie. Na pozór wydaje się dobre, jednak w zetknięciu z realiami polskiej ochrony zdrowia jest właściwie załamujące. Otóż nie będzie kolejek do świadczeń jeśli pacjenci nie będą się w nich ustawiać. Jak to zrobić? Resort zdrowia znalazł rozwiązanie, wzmocniona zostanie w systemie rola lekarza podstawowej opieki zdrowotnej i to właśnie u niego będziemy leczyć większość chorób, żeby niepotrzebnie nie chodzić do specjalisty. Niby to wszystko mądre i prawdziwe ale w praktyce oznacza, że Ministerstwo chce ograniczyć Polakom dostęp do lekarzy specjalistów.
Wspierany finansowo (choć to wcale jeszcze nie jest przesądzone) lekarz rodzinny będzie chciał zatrzymać pacjenta w swoim gabinecie, skierowanie do specjalisty wypisze w ostateczności.
Szczęśliwi ci, którzy mają wybitnych, mądrych i uczciwych lekarzy rodzinnych. Ja takiego mam i dlatego nie boję się tej reformy. Wiem, że jeśli mój lekarz podstawowej opieki zdrowotnej nie będzie radził sobie z moją chorobą wyśle mnie do specjalisty. Tylko nie każdy ma takiego lekarza jak ja (serdecznie pozdrawiam z tego miejsca moją Panią Doktor). Lekarze rodzinni tak jak wszyscy Polacy bywają lepsi i gorsi. Zdarzają się cwaniacy ale też ludzie wielkiego serca i umysłu. Co jeśli chory trafi na nienajlepszego lekarza? Odpowiedź jest prosta - nie doprosi się o skierowanie do specjalisty, zwyczajnie będzie musiał pójść prywatnie i zapłacić albo… Nawet nie che myśleć o tym drugim wariancie. No więc lekarze rodzinni będą pisać mało skierowań do specjalistów i kolejki zmniejszą się.
3. Leczenie dla wszystkich, a co z emeryturami?
Kolejna zmiana w ramach reformy to opieka zdrowotna dla wszystkich, nie zależnie od tego czy płacą na nią składkę lub ewentualny, wcześniej zapowiadany podatek zdrowotny, czy też nie. Ma to przeciwdziałać wykluczeniu z publicznej ochrony zdrowia tych, którzy dzisiaj np. pracują w ramach umowy o dzieło. Od tej umowy pracodawca nie odprowadza składki zdrowotnej. Cóż, w ramach umowy o dzieło niektórzy zarabiają bardzo dobrze i spokojnie mogliby sobie składkę opłacić - to po pierwsze. Po drugie, PiS obiecywał walkę ze śmieciówkami a takimi posunięciami jedynie wspiera „patologię” na rynku pracy. Czy dla osób pracujących na umowach o dzieło zrzucimy się też na emerytury? Bo składek emerytalnych również nie odprowadza im pracodawca.
Zresztą dając wszystkim prawo do korzystania z publicznej ochrony zdrowia trzeba wziąć pod uwagę, że ta ochrona zdrowia będzie kosztowała więcej a „zrzucać” będą się na nią nadal ci, którzy płacą składki (ewentualnie podatek, po zmianach), czyli więcej osób trzeba będzie leczyć za te same pieniądze.
4. Prywatne nie jest dobre
Kolejna zmiana, która na pierwszy rzut oka wydaje się dobra, to wsparcie publicznych placówek ochrony zdrowia, premiowanie ich przy kontraktowaniu świadczeń. Wszyscy wiemy co oznacza brak konkurencji. Prywatne szpitale i przychodnie specjalistyczne będą musiały „stawać na przysłowiowych rzęsach", żeby uzyskać kontrakt z publicznym płatnikiem, czyli leczyć chorego nie pobierając od niego pieniędzy. Skoro placówki publiczne nie będą musiały konkurować z prywatnymi ich poziom, co tu dużo mówić, przynajmniej nie będzie wzrastał. Po co kupować nowy sprzęt, zapewniać lepszą opiekę, skoro i tak dostaniemy kontrakt…
Jednak nie wszyscy „prywatni” są źli w ochronie zdrowia. Prywatne przychodnie podstawowej opieki zdrowotnej, których mamy bardzo dużo, są dobre i będą wspierane przez resort zdrowia a trzeba pamiętać, że często to wsparcie, czyli lepsze opłacanie przez państwo podstawowej opieki zdrowotnej nie zawsze przekłada się na pensje zatrudnionych tam lekarzy i pielęgniarek ani też na lepszą opiekę nad pacjentem a jedynie na lepszy zarobek właściciela, który wcale nie musi być lekarzem.
5. Żegnaj Funduszu, witaj Urzędzie
Wreszcie ostatnia, bo właściwie najmniej ważna zmiana, - likwidacja NFZ. Któż z nas nie słyszał, że NFZ nie daje na takie a takie leczenie, nie chce płacić za jakieś zabiegi. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że NFZ płaci za to, za co pozwoli mu zapłacić resort zdrowia lub za to co posłowie przegłosują w ustawach. NFZ to instytucja, która tak naprawdę czuwa nad tym, żeby pieniądze z naszych składek zdrowotnych były wydawane dokładnie tak, jak określił to ustawodawca i Minister Zdrowia. To nie prezes NFZ decyduje o tym, czy chorzy na raka dostaną nowoczesny lek.
No więc nie będzie NFZ, ale będzie co innego. Centrala NFZ zostanie przejęta przez Ministerstwo Zdrowia a oddziały zmienią się Wojewódzkie Urzędy Zdrowia. Co to zmieni dla przeciętnego chorego? Nic. Można będzie natomiast wymienić urzędników, bo przecież NFZ pójdzie do likwidacji. Zmienimy szyldy, pieczątki itd.

Autoryzacja „lipy” Reformę zapowiedzianą przez ministra Radziwiłła krytykuje wielu komentatorów związanych z ochroną zdrowia.
Dr Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy nazywa ogłoszone przez ministra zapowiedzi reformy „beznadzieją przykrywaną propagandą”.
Dr Krzysztof Bukiel
Przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy
„Dziwię się, ze obecny minister zdrowia chce tę „lipę” autoryzować. Gdyby podobny program pojawił się – powiedzmy – osiem lat temu, to ówczesny prezes NRL Konstanty Radziwiłł nie pozostawiłby na nim suchej nitki” – podsumowuje swój komentarz Krzysztof Bukiel.
Porozumienie Zielonogórskie, które zrzesza lekarzy rodzinnych również wyraziło swój niepokój w związku zapowiedzianymi reformami. Chociaż wydawałoby się, że o lekarzy rodzinnych minister Radziwiłł dba jak o żadnych innych.
Marek Twardowski
Wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego
Nie ma co się dziwić, reforma zakłada, że lekarze rodzinni otrzymają więcej zadań niż mieli dotychczas i zwyczajnie chcą, żeby im za to zapłacić, a z czego, skoro nakłady na ochronę zdrowia tak naprawdę wzrosną znacznie dopiero za 10 lat?
"Cieszy zapowiedź wzrostu nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc PKB, ale dochodzenie do tego przez 10 lat jest stanowczo zbyt wolne" - podsumowuje Twardowski, w komentarzu zamieszczonym na stronie Porozumienia Zielonogórskiego.
Mieszanie herbaty Żeby zreformować polską ochronę zdrowia potrzebne są pieniądze. Na myśl przychodzą słowa Stefana Kisielewskiego: „Od samego mieszania herbata nie staje się słodsza”. Niestety to „mieszanie” , które ma na celu przyniesienie głównie korzyści politycznych, może narobić tylko bałaganu, który po obecnej ekipie rządzącej trzeba będzie długo sprzątać. Zresztą co to oznacza dojście do finansowania na poziomie 6 proc. PKB. Skąd weźmiemy to zwiększenie finansowania (nawet za 10 lat). Podniesiemy składki, czy może Minister Finansów hojnie dosypie pieniędzy z ogólnego budżetu? A chory? Chory człowiek dalej będzie musiał mieć dużo siły i pieniędzy, żeby się leczyć.
Napisz do autora: [email protected]
