
Kolejny lekarz anestezjolog umarł podczas dyżuru. Tym razem 44-letnia pani doktor. Zmarła na zawał serca, prawdopodobnie z przepracowania. Nie ma się czemu dziwić, nie wiem kto wytrzymałby bez uszczerbku na zdrowiu cztery doby w pracy. Przypomnijmy, że w 2011 roku w Szpitalu w Głubczycach zmarł 52-letni anestezjolog, który pełnił piąty dyżur z rzędu.
Zanim zaczniemy oceniać panią doktor i mówić, że pracowała na kolejny luksusowy samochód, zastanówmy się, czy aby na pewno chodzi tu o lekarską „pazerność”, czy może raczej o głupotę i krótkowzroczność tych, którzy dopuszczają do takich sytuacji.
Oczywiście trzeba uczciwie wyjaśnić, że lekarz podczas nawet tak długiego dyżuru, jaki pełniła zmarła anestezjolog, zwykle ma szansę choćby na drzemki. Jednak o przespaniu nocy może zwykle pomarzyć - trochę się prześpi, wzywają go, potem znowu na trochę uśnie itd. W żadnym wypadku nie można tu mówić, że jest wyspany.
Sama sobie winna? Rzecznik prasowy Szpitala w Białogardzie, gdzie doszło do wspomnianej tragedii, poinformował media, że lekarka nie była pracownicą szpitala, prowadziła działalność gospodarczą i sama decydowała o tym, ile pracuje. To chyba jakieś nieporozumienie. Lekarze pracują i dyżurują zgodnie z grafikiem, który powinien być znany i akceptowany przez dyrekcję placówki. Zmarła pani doktor sama z siebie nie siedziała tyle dni w pracy.
Lekarze w całej Polsce, a szczególnie specjaliści w tych dziedzinach, w których brakuje lekarzy, są często zmuszani do pracy w ramach umów cywilno-prawnych – pracują na tzw. kontraktach. Wszystko po to, żeby szpital nie musiał przestrzegać ustawowego czasu pracy lekarzy, który obowiązuje jeśli lekarz jest zatrudniony w oparciu o umowę o pracę. Wtedy trzeba zapewnić mu odpoczynek. Jak jest na kontrakcie, to nikogo nie obchodzi, ile godzin z rzędu lekarz pracuje – grunt, żeby była obsada.
Nie rozumiem, jak można do czegoś takiego dopuszczać. Czy pacjent, który właśnie ma być poddany operacji powinien zapytać chirurga i anestezjologa, ile godzin są już w pracy? Lekarz nie jest nadczłowiekiem, jak każdy po nastu godzinach spędzonych w pracy zwyczajnie zaczyna być nieprzytomny, mało wydajny i popełniać błędy. Tyle że błąd lekarza ma zwykle dużo większe skutki niż ten popełniony przez pracowników wielu innych zawodów.
Gwarancja przytomnego lekarza Gdy jesteśmy w szpitalu, na izbie przyjęć czy przyjeżdża do nas karetka, nie zastanawiamy się nad tym. W pewnym stopniu ufamy, że dyrektor szpitala, pogotowia czy przychodni gwarantuje nam, że specjalista, w którego ręce oddajemy życie i zdrowie, jest w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Niestety okazuje się, że nie możemy zaufać.
Doktor ze Szpitala w Białogardzie umarła na zawał po czterech dobach pracy. Nie sądzę, żeby kilka godzin przed śmiercią czuła się dobrze i była w pełni sił intelektualnych i fizycznych. A przecież te kilka godzin przed śmiercią była w pracy, może czuwała nad znieczuleniem ogólnym czyjegoś dziecka? Na pewno pracowała jak umiała najlepiej, ale dlaczego szpital nie zapewnił pacjentom lekarza wypoczętego, funkcjonującego w pełni sił? Pacjenci białogardzkiego szpitala nie przyszli do pani doktor prowadzącej działalność gospodarczą, ale do szpitala po pomoc. Tyle że teraz szpital umywa ręce, bo doktor była na kontrakcie.
Dr Maciej Hamankiewicz
Prezes Naczelnej Izby Lekarskiej
Nikt nie chce rozwiązać problemu W podobny tonie wypowiada się dr Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.
– Lekarze dyżurują tyle godzin, bo są do tego zmuszani. To jest powszechne zjawisko i dotyczy nie tylko anestezjologów, ale też lekarzy innych specjalności, których brakuje na rynku – mówi nam dr Bukiel.
Dodaje, że OZZL od lat apeluje do resortu zdrowia o zdecydowaną reakcję. Niestety bezskutecznie.
Dr Krzysztof Bukiel
Przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy
Anestezjolog poszukiwany No właśnie, a jak to jest z tą lekarską „pazernością” i zbieraniem na kolejnego mercedesa. Otóż jeśli chodzi o anestezjologów, trzeba przypomnieć, że jeszcze kilkanaście lat temu byli to jedni z najgorzej opłacanych lekarzy. Co z kolei spowodowało, że ta specjalizacja przestała być atrakcyjna i coraz mniej lekarzy decydowało się na zrobienie specjalizacji z anestezjologii.
Kiedy otworzył się rynek pracy za granicą, anestezjolodzy zaczęli masowo wyjeżdżać - tam proponowano im bardzo dobre zarobki. Bardzo szybko okazało się, że w Polsce anestezjologów można ze świecą szukać. Dyrektorzy szpitali zaczęli proponować im bardzo dobre stawki, niektórzy twierdzą nawet, że jest to najlepiej opłacana specjalizacja lekarska.
Jednak przy tak dużym braku tych lekarzy, szpital nie może zatrudniać ich na umowę o pracę bo będzie musiał zapewnić lekarzowi odpowiedni czas odpoczynku. Dlatego z jednej strony anestezjolodzy dostają świetne stawki, ale pod warunkiem, że pracują w ramach kontraktu i pracują tyle godzin, ile są tylko w stanie wytrzymać. Bez obsady anestezjologicznej szpital nie mógłby funkcjonować – koło się zamyka.
– Anestezjologów jest mało, a dyżury trzeba obsadzić. Na kontrakcie przepisy o czasie pracy nie obowiązują. Teoretycznie lekarz musi się na to zgodzić, ale w praktyce wygląda to tak, że albo się zgodzi i może zarobić, albo nie – tłumaczy nam dr Wojciech Czubak, anestezjolog.
Oczywiście anestezjolodzy chcą zarabiać jak wszyscy inni, więc godzą się na to i pracują ponad siły. – Godzą się dla pieniędzy. Są to kuszące stawki, bo dyrektorzy windują je, żeby utrzymać funkcjonowanie szpitala. Zresztą nie dotyczy to tylko anestezjologów – mówi dr Czubak.
Jego zdaniem, sytuacja jest tym bardziej trudna, że anestezjolodzy są coraz starsi, a wielu młodych nadal wyjeżdża do pracy za granicą i nie chodzi tu tylko o lepsze zarobki.
Dr Wojciech Czubak
Anestezjolog
Lekarz przyznaje, że anestezjologia jest dosyć trudną specjalizacją, zakończoną egzaminem, który dla wielu lekarzy jest trudny do zdania. Z drugiej strony anestezjolodzy mają bardzo niewielkie możliwości prowadzenia prywatnych praktyk, no może jedynie w przypadku leczenia bólu. Zostaje więc praca w szpitalu, a tam trzeba pracować często ponad siły.
Pytam dr. Czubaka, ile dni pod rząd pracował najdłużej. Przyznaje, że zdarzyło mu się pracować trzy doby. – Całe szczęście, to były dawne czasy. Teraz wiem, że święty spokój też ma swoją cenę. Pracujemy, żeby żyć, a nie żyjemy, żeby pracować. Trzeba pamiętać o tych proporcjach – podsumowuje.
Problem przepracowanych lekarzy nie jest nowy. Co jakiś czas pojawia się w mediach, kiedy albo lekarz nie wytrzyma wielogodzinnej pracy, albo ucierpi chory, bo lekarz z przemęczenia zamiast mu pomóc, pomyli się i zrobi krzywdę. Niestety decydenci niewiele robią i zrobili przez lata by rozwiązać ten problem.
Napisz do autora: [email protected]
