
Jeżeli liczycie na empatię, albo chociaż poczucie obowiązku ze strony opieki medycznej, ten przypadek możecie potraktować jako ostrzeżenie. O tym do czego zdolni są lekarze przekonali się rodzice ciężko chorego Pawła, u którego nagle pojawiła się infekcja dróg oddechowych. "Wizyta domowa? Syn jest chodzący, więc mogą państwo przyjechać" – tak skończyła się próba sprowadzenia lekarza do domu.
REKLAMA
Rodzice ciężko chorego dziecka, prowadzący stronę "Pomóżmy Pawłowi godnie chorować" podzielili się z czytelnikami historią swojego "starcia" z lekarzami. Ostre przeziębienie zmieniło się prawdopodobnie w zapalenie płuc. Próba kontaktu z pogotowiem zakończyła się popisem ignorancji.
– Zadzwoniłam na nocny dyżur z prośbą o przyjazd lekarza. Oczywiście zapytała młoda pani doktor, o co chodzi, więc opisałam sytuację , że chłopiec jest niepełnosprawny z załączoną rurką tracheo i podejrzewam zapalenie płuc, bo wydalona wydzielina jest zanieczyszczona i wygląda to podejrzanie – relacjonuje mama Pawła.
Do wizyty domowej jednak nie doszło, ponieważ - zdaniem lekarki - rodzina mieszka niedaleko szpitala i może przyjechać.
– No to zaczynam od nowa: czy pani nie rozumie, że jest zimno , syn ma stan podgorączkowy , rurkę tracheo, a ja podejrzewam zapalenie płuc , nie mam własnego transportu a jazda środkiem komunikacji stanowi zagrożenie , dlatego dzwonię o wizytę domową – czytamy.
Efekt? Pani doktor stwierdziła, że brak jest podstaw do wizyty domowej, bo syn "jest chodzący" i stanowczo odmówiła przyjazdu.
