
Chorzy na stwardnienie rozsiane (SM) mają dostęp do coraz większej ilości potrzebnych leków. Jednak zapomniano o podstawach, ponieważ dalej refunduje się im tylko dwie sztuki pieluchomajtek dziennie. Tymczasem chorzy na SM są jak wszyscy inni ludzie, oddają mocz przynajmniej 6 razy dziennie, o innych czynnościach fizjologicznych nie wspominając. Mają również bardzo ograniczony dostęp do opieki paliatywnej w ostatnim stadium choroby.
Jak tłumaczył Tomasz Połeć, prezes Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego podczas konferencji naukowo-szkoleniowej pt: "Leczenie stwardnienia rozsianego (SM) w Polsce - nowe perspektywy", jest to poważny i ciągle nie rozwiązany problem, który doprowadza czasami nawet do tragedii.
Diureza następuje średnio co 4 godziny, a my mamy dwie pieluchomajtki na dzień. Taki podstawowy brak powoduje, że pojawiają się zakażenia, a to z kolei zwiększa śmiertelność wśród chorych na SM. Nie wiemy już co mamy zrobić, żeby zmienić sytuację. Chyba zaczniemy wysyłać zużyte pieluchy do sejmu.
Prof. Adam Stępień z Kliniki Neurologii Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie zwrócił uwagę, że choć leczenie teoretycznie dostępne jest dla wszystkich chorych na SM, to w niektórych regionach Polski chorzy nadal muszą bardzo długo czekać na włączenie terapii.
Nie można patrzeć na chorego tylko przez pryzmat jego dostępu do świadczeń w Warszawie czy Krakowie. W małych miasteczkach i na wsiach chorzy są w dużo gorszej sytuacji niż w dużych miastach.
Żeby wydawać mnie i bardziej skutecznie opiekować się chorymi na SM, według dr Gałązki - Sobotki, należy zmienić system opieki nad chorymi. Trzeba dla chorych na SM zorganizować ogólnopolski system, w którym pacjentem będą opiekować się specjaliści z sieci poradni specjalistycznych i ośrodków referencyjnych. To pozwoliłoby na tańsze i skuteczniejsze leczenie.
