
Masz 19 lat i uwielbiasz tańczyć. Na parkiecie spędzasz każdą wolną chwilę. Fakt, czasem ćwiczysz do upadłego, ale przecież zawody same się nie wygrają. Pewnego dnia po dość ostrym treningu czujesz ból w dolnej części pleców. Oczywiście, że się nie przejmujesz - bo to pierwszy raz się przetrenowałaś? Następnego dnia, jak zwykle wciągasz trykoty i biegniesz ćwiczyć. Taka sytuacja trwa kilka miesięcy - ból atakuje, a ty dziarsko mu się nie dajesz. Kiedy w końcu idziesz do lekarza, zamiast zalecenia, żeby trochę przystopować z treningami, słyszysz tajemniczy skrót: ZZSK.
Pierwsze objawy zaczęły się na początku 2015 roku, kiedy miałam 19 lat. Trenowałam taniec i po jednym z treningów poczułam silny kłujący ból w okolicach pośladka przy każdorazowej próbie obciążenia nogi. Pomyślałam to, co pewnie podejrzewałby każdy na moim miejscu, czyli że sobie coś naderwałam, przeciążyłam i że po prostu wystarczy dać sobie odpocząć. Ale ból nie mijał, dokuczał coraz bardziej, najmocniej atakując w nocy.
Lekarz pierwszego kontaktu, o ile najpierw podchwycił moją wersję o przetrenowaniu, nagle zaczął wysyłać mnie na badania i do specjalistów, których odwiedziłam naprawdę wielu. Enigmatyczna otoczka wokół moich objawów stała się męcząca. Wszystkie wyniki były prawidłowe. W końcu trafiłam na Oddział Reumatologii i tam po raz pierwszy usłyszałam o możliwości Spondyloartropatii Osiowej z obserwacją w kierunku ZZSK.
Miałam nadzieję, że po wdrożeniu odpowiedniego leczenia, będę mogła robić wszystko to co dawniej, ale szybko okazało się, że wszystko się zmieniło. Muszę bardziej na siebie uważać, odpoczywać więcej niż przeciętny człowiek, unikać stresów i jakichkolwiek czynników, które mogłyby wywołać u mnie kolejne zaostrzenie. Dodatkowo dochodzą do tego zachowania, których należy się wyzbyć przy danym leczeniu, czyli na przykład pełna ochrona przed promieniami UV, zakaz spożywania alkoholu itd., za to należy wdrożyć codzienną rehabilitację, bardzo często dietę i zmianę stylu życia.
Mam wielkie szczęście, że prowadzi mnie niesamowity lekarz reumatolog, do którego mogłam się zwrócić o pomoc o każdej porze dnia i nocy. Wyprowadził mnie z tego stanu, który teraz, gdy mam już za sobą, opisałabym jako jedno wielkie zamroczenie bólem. Bolały mnie stawy, mięśnie, skóra, miałam problemy z poruszaniem się, z jedzeniem, mówieniem, a nawet oddychaniem. O śnie dłużej niż pół godziny w pewnym momencie nie było mowy, więc nie miałam nawet kiedy odpocząć. Gdyby nie ciągła i intensywna opieka moich rodziców te miesiące byłyby dla mnie nie do przejścia. Ale udało się. Teraz jestem osłabiona, zmęczona, ale szczęśliwa, że zahamowaliśmy zaostrzenie i mogę chodzić o własnych siłach.
Prawdziwym zbawieniem okazało się włączenie w program leczenia biologicznego. Wystarczyło, że raz na dwa tygodnie robiłam sobie podskórnie zastrzyk, nie musiałam łykać żadnych tabletek ani pamiętać o dawkowaniu. Mimo iż po pierwszych dawkach pojawiały się różnorodne działania niepożądane, pamiętam, że po około dwóch miesiącach przyszłam do mojego lekarza prowadzącego i powiedziałam dwa słowa: „nowe życie”.
Artykuł powstał we współpracy z kampanią "Nie odwracaj się plecami od bólu".
