
Są. Nie są. Ale ja słyszałam, że są. A ja, czytałem, że nie są. Do używania tego rodzaju argumentów redukuje się, koniec końców, wiele dyskusji na temat szkodliwości e-papierosów. Niedawno sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, bo do puli dostępnych na rynku alternatyw dla tradycyjnych papierosów doszły tak zwane produkty podgrzewające tytoń, o których wiemy na razie niewiele.
REKLAMA
Jak wynika z raportu sporządzonego przez Warsaw Enterprise Institute: “Polityka państwa w zakresie informowania o nowych produktach dostarczających nikotynę”, obecne regulacje, obowiązujące w naszym kraju ograniczają konsumentom dostęp do mniej szkodliwych produktów. Ich zdaniem, zamiast utrudniać dostęp do informacji na temat alternatyw, z których mogą korzystać osoby uzależnione od tytoniu, rząd powinien wspierać badania naukowe pozwalające odkryć pełne spektrum wad i zalet tego typu produktów.
W opracowaniu analizowane są skutki tego typu działań. Oprócz tych dotyczących wpływu na zdrowie palaczy, nie bez znaczenia jest tu kwestia ekonomiczna. “Branża tytoniowa zapewnia ok. 8% krajowych wpływów podatkowych (tj. ok. 23 mld zł rocznie) oraz zatrudnia ponad 60.000 osób. Wpływy z eksportu tradycyjnych wyrobów tytoniowych produkowanych w Polsce to ponad 8 mld zł” - informuje WEI.
Twórcy raportu sugerują, że biorąc pod uwagę prężny rozwój badań nad alternatywami dla tradycyjnych papierosów, potencjał naszego przemysłu tytoniowego należy przekierować właśnie na te tory. Takie rozwiązanie można wdrożyć jednak dopiero wtedy, kiedy pojawią się rozwiązania regulacyjne, zgodnie z którymi producenci i sprzedawcy będą mogli legalnie informować palaczy o dostępności mniej szkodliwych produktów tytoniowych.
Tymczasem na świecie dyskusja na temat dostępności tego typu informacji zdążyła już wejść w zaawansowane stadium.
Dyskusja publiczna - najlepszy nośnik informacji
Badania dotyczące wpływu e-papierosów i produktów bezdymnych powstają na zlecenie ich producentów. Coraz częściej nad tym tematem pochylają się też niezależne instytuty badawcze, jak dzieje się to w Anglii, Niemczech, Japonii, a ostatnio także w Polsce. Wyniki analiz niejednokrotnie stanowią bowiem warunek konieczny wprowadzenia tego typu produktów na rynek danego kraju. Sprawozdania z prac badawczych są publikowane również w internecie, problem w tym, że niewielu z nas ma wystarczającą wiedzę, aby naukowy żargon zinterpretować.
Badania dotyczące wpływu e-papierosów i produktów bezdymnych powstają na zlecenie ich producentów. Coraz częściej nad tym tematem pochylają się też niezależne instytuty badawcze, jak dzieje się to w Anglii, Niemczech, Japonii, a ostatnio także w Polsce. Wyniki analiz niejednokrotnie stanowią bowiem warunek konieczny wprowadzenia tego typu produktów na rynek danego kraju. Sprawozdania z prac badawczych są publikowane również w internecie, problem w tym, że niewielu z nas ma wystarczającą wiedzę, aby naukowy żargon zinterpretować.
Większość z nas nie ma również czasu, którego wymaga przebicie się choćby przez 75-stronnicowe streszczenie dokumentacji złożonej przez koncern Phillip Morris do amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA) w związku z ubieganiem się o zgodę na sprzedaż jednego z produktów marki – nie mówiąc już o oryginalnym skrypcie, którego liczba stron idzie w setki tysięcy.
Wspomniane opracowanie dotyczyło uzyskania pozwolenia na sprzedaż na terenie USA produktu podgrzewającego tytoń o nazwie IQOS, które koncern Phillip Morris zamierza wprowadzić na amerykański rynek. Walka tak naprawdę nie toczy się jednak o samą możliwość sprzedaży.
IQOS można już kupić w Polsce oraz wielu innych krajach w Europie i na świecie. Ekspansję na rynek Stanów Zjednoczonych PM chciałoby przeprowadzić pod szyldem “obniżonego ryzyka”, czyli informować konsumentów, że wyniki badań oficjalnie potwierdzają mniejszą, w stosunku do tradycyjnych papierosów, szkodliwość wynikającą z palenia IQOSa.
Z raportów przedstawionych przez PM wynika, że IQOS zawiera średnio o 95 proc. mniej substancji szkodliwych niż zwykły papieros. Chociaż wkłady do IQOSa zawierają taki sam tytoń, jak w papierosach, to nie jest on spalany. Grzałka zamontowana w przypominającym wydłużony pendrive ustniku podgrzewa tytoń na tyle tylko, aby uwolnić nikotynę. W trakcie, z braku lepszego terminu: “konsumpcji” IQOSa, nie tworzą się więc rakotwórcze substancje smoliste.
Specjaliści FDA wspólnie z kongresmenami debatują obecnie nad tym, czy rzeczywiście dowody na “obniżone ryzyko” stosowania IQOSa są niezbite. Jak dotąd zgodzili się co do tego, że tego typu produkty powodują mniejsze narażenie na substancje szkodliwe i uznali za konieczne przeprowadzenie dalszych badań w tym zakresie. Z drugiej strony, podobną zachowawczość wykazują również w przypadku innych produktów bezdymnych, takich jak na przykład snus - wyrób na bazie tytoniu, którego małe porcje umieszcza się pomiędzy dziąsłami.
Niezależnie od tego, jaki status uzyskają w USA produkty podgrzewające tytoń, z punktu widzenia konsumenta już sama debata, jaka toczy się wokół produktów bezdymnych jest zjawiskiem pozytywnym. Osoby uzależnione od nikotyny mają tendencję do ignorowania argumentów o niezaprzeczalnej szkodliwości konwencjonalnych papierosów. Świadomość istnienia alternatywnych produktów tytoniowych - bez względu na stopień redukcji ich szkodliwości - może stanowić pierwszy krok, do rezygnacji z najbardziej rakotwórczej formy nikotynowej używki.
W Polsce debata na temat stopnia szkodliwości “alternatyw” toczy się spokojnie, jeśli w ogóle. Wszystkie produkty podgrzewające tytoń podlegają takim samym obostrzeniom, jak tradycyjne papierosy. Z zasady więc ich producenci muszą umieścić na opakowaniu informację o szkodliwości dla zdrowia i możliwości powodowania uzależnienia - i tyle. Jak na razie nie ma bowiem możliwości, aby wyroby tytoniowe rozróżniać pod kątem tych bardziej i tych mniej szkodliwych. W mediach temat komentowany jest więc z reguły lakonicznie, a sami producenci, ze względu na bardzo restrykcyjne zapisy ustawy o produktach tytoniowych, mają ograniczone możliwości docierania z komunikatami do konsumentów.