
Przychodzi baba do lekarza... Tylko dalej już nie jest śmiesznie. Jest beznadziejnie. Tak opowieść o swoich przejściach w gabinetach ginekologicznych zaczyna 29-letnia Magda, autorka popularnego bloga krecamniekolka.pl, która zmaga się z porażeniem mózgowym. Na co dzień jest pasjonatką nowoczesnych technologii, otwarta na świat i ludzi, radosna choć powodów do zmartwień nie brakuje. Właśnie pisze pracę licencjacką o niepełnosprawności fizycznej w mediach.
"To była okrutna lekcja, która niejednokrotnie udowodniła, że lekarze niekoniecznie powinni zostać lekarzami" – napisała na blogu o poszukiwaniach specjalisty, który będzie w stanie się nią zająć z uwagi na niepełnosprawność i zdrowotne kłopoty.
"(…) oznajmiłam, że potrzebuję pomocy, nie podnoszenia tylko asekuracji by nie upaść. Było mi głupio, na dodatek podczas badania lekarka wręcz krzyczała na mnie, że nie umiem się rozluźnić, a jak miałam to zrobić w takiej atmosferze? Wyszłam z gabinetu roztrzęsiona, ze łzami w oczach".
W przychodniach czy szpitalach zwykle są podjazdy, windy, ułatwienia dla niepełnosprawnych. Problem zaczyna się w gabinetach. W wielu nie da się tak obniżyć fotela, aby niepełnosprawna pacjentka mogła samodzielnie się przesiąść. Potrzebna jest asysta do przeniesienia z wózka na miejsce badania.
Czy Lublin jest jakimś niechlubnym wyjątkiem na medycznej mapie Polski? Raczej nie. Julita, poruszająca się na wózku, blogerka i dziennikarka, postanowiła sprawdzić czy sytuacja w stolicy jest podobna.