
Jest taka scena w filmie "Śmierć jak kromka chleba" Kazimierza Kutza: lekarka, w białym kitlu i futrzanej kamizelce, biegnie w kierunku kopalni. Jest odważna, charyzmatyczna. W pewnej chwili odwraca się i z całych sił krzyczy: "Mordercy!". Do milicjantów i żołnierzy.
Przypomnijmy, że właśnie 16 grudnia mija 37. rocznica pacyfikacji kopalni "Wujek", w wyniku której zginęło 9 górników, a 23 zostało rannych. Gdyby nie wielkie serce i poświęcenie lekarzy i personelu medycznego, ofiar pacyfikacji zapewne byłoby więcej, bo chociażby ranni nie otrzymaliby właściwej pomocy. Milicja, wojsko oraz ZOMO dokonało pacyfikacji Kopalni Węgla Kamiennego "Wujek", ponieważ górnicy zebrani na terenie kopalni protestowali przeciwko działaniom ówczesnej władzy i wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce.
W rzeczywistości było nieco inaczej niż w scenie z filmu Kazimierza Kutza. Dr Urszula Wenda, w relacjach zebranych przez historyków Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności w Katowicach "Wujek '81" opowiadała, że 16 grudnia 1981 roku około godziny 10:00 słychać było strzały.
Dotarli przed budynek dyrekcji kopalni. Jechali bez sygnałów, by nie wyróżniać się spośród karetek i móc przedostać się przez kordon ZOMO.
Szybko zaczęło jej jednak brakować środków opatrunkowych i przeciwbólowych. Dr Wenda przez krótkofalówkę wzywała pomocy, by dostarczono niezbędne medykamenty. Choć działaniami w kopalnianym punkcie opatrunkowym nikt przecież nie kierował, wszystko było skoordynowane.
To wszystko działo się 16 grudnia 1981 roku, kiedy o 10:53 wojsko i milicja przystąpiły do pacyfikacji kopalni "Wujek”. Czołgi taranowały ogrodzenie, na teren zakładu wchodziły kolejne oddziały.
Dr Wenda na początku 1982 roku została wezwana do prokuratury. Musiała opowiedzieć szczegółowo o tym, co stało się na kopalni, komu udzielała pomocy, czy ktoś wydawał jej jakieś polecenia.