
Gliwicka chirurgia ogólna. To tu każdego dnia specjaliści toczą walkę o zdrowie i życie ludzi, którzy trafiają do szpitala z przewlekłymi ranami. To często powikłania w przebiegu miażdżycy kończyn dolnych, cukrzycy, owrzodzenia żylne czy następstwa urazów. Za rany przewlekłe uznaje się takie, które utrzymują się dłużej niż 6-8 tygodni.
REKLAMA
– Niejednokrotnie chorzy przychodzą do przychodni albo spotykamy się w ramach wizyty domowej. Zauważamy, że rana jest w stanie skrajnego zaniedbania. Z robakami w gnijących stopach, palcach czy ranach umiejscowionych gdzie indziej. Z odpadającymi nieraz fragmentami palców czy stopy. Te sytuacje mają miejsce niezależnie od statusu socjoekonomicznego pacjenta – podkreśla dr Paweł Waligóra, chirurg ze Szpitala Miejskiego w Gliwicach.
"Bo nie ma kto"
Dlaczego tak się dzieje? Przyczyn jest bardzo wiele. Dr Waligóra, który specjalizuje się m.in. w chirurgicznym leczeniu ran przewlekłych, przyznaje, że to czasem zaniechanie, brak poczucia choroby, odkładanie problemu "na później", brak kompleksowej opieki ambulatoryjnej.
Dlaczego tak się dzieje? Przyczyn jest bardzo wiele. Dr Waligóra, który specjalizuje się m.in. w chirurgicznym leczeniu ran przewlekłych, przyznaje, że to czasem zaniechanie, brak poczucia choroby, odkładanie problemu "na później", brak kompleksowej opieki ambulatoryjnej.
Czasami to wręcz nagminny problem "podrzucania” pacjentów z ranami przewlekłymi w okresach świątecznych do szpitali, bo nie ma kto sprawować nad nimi codziennej, często trudnej i żmudnej opieki.
Młodzi też miewają rany przewlekłe
– Mieliśmy takiego chorego, to był młody człowiek, skrajnie otyły, z olbrzymimi zmianami ropnymi na podudziach. Fetor gnijącego ciała był niewyobrażalny. Pacjent jest cały czas w trakcie leczenia szpitalnego. Jest znacząca poprawa. Można powiedzieć, że ratunek na naszym oddziale przyszedł w ostatniej chwili. Tego typu przypadków jest bardzo dużo – relacjonuje dr Waligóra.
– Mieliśmy takiego chorego, to był młody człowiek, skrajnie otyły, z olbrzymimi zmianami ropnymi na podudziach. Fetor gnijącego ciała był niewyobrażalny. Pacjent jest cały czas w trakcie leczenia szpitalnego. Jest znacząca poprawa. Można powiedzieć, że ratunek na naszym oddziale przyszedł w ostatniej chwili. Tego typu przypadków jest bardzo dużo – relacjonuje dr Waligóra.
Tacy pacjenci wymagają niejednokrotnie długotrwałego i bardzo kosztownego leczenia. Nie zawsze bezwzględnie w warunkach szpitalnych. Bywa jednak, że tylko szpital ich ratuje.
Sami chorzy i ich rany budzą odrazę. Wiadomo, że takie rany przewlekłe wyglądają przerażająco. To lęk i odrzucenie. Do tego dochodzą niedoskonałości systemu ochrony zdrowia.
Czasem taki człowiek zostaje z narastającym problemem całkiem sam – tłumaczą chirurdzy.
– Miałem przyjemność współpracować z pielęgniarkami, gdzie ta nasza batalia o pacjenta była naprawdę dobrze skoordynowana. Warto jednak podkreślić, że w mniejszych ośrodkach aż tak kolorowo to nie wygląda. Musimy tu zmienić nie tylko system opieki nad chorymi z ranami przewlekłymi, ale też nasze podejście do pacjentów z przewlekłymi ranami: mniej krytyki - więcej empatii – podsumowuje dr Waligóra.