Fot. Unspalsh.copm / Jack Hunter

Ministerstwo Zdrowia Czech będzie oficjalnie wspierać, promować i rozwijać programy redukcji szkód spowodowanych paleniem papierosów. Czy jego polski odpowiednik powinien obrać podobny kurs? I co go przed tym ogranicza? “To kwestia świadomości” - odpowiada prof. dr hab. n. med. Andrzej Fal. 

REKLAMA

Czy 17 listopada to dobry dzień na wycieczkę do Czech?

Tak, ale to również dobry dzień na wycieczkę do Słowacji, Słowenii, czyli krajów, które bardziej kompleksowo radzą sobie z problemem nałogu palenia papierosów, niż my sobie radzimy. To jest zdecydowanie dobry moment, żeby je odwiedzić. 

W czym tkwi różnica w podejściach stosowanych w krajach, które pan profesor wymienił, a podejściem dominującym w Polsce?

Różnic jest kilka. Po pierwsze, mają lepszą refundację leków wspomagających rzucanie palenia niż ta, którą posiadamy w Polsce. 

Po drugie, edukacja. Zwłaszcza w Słowenii na tę najgłębszą prewencję czy profilaktykę przed rozpoczęciem palenia, na etapie przedszkolnym czy szkolnym, jest większy nacisk. Jest też lepiej ustrukturalizowana i realizowana. 

Po trzecie, nie zapomina się o tym, że mimo wszystko zawsze będą ci, którzy pomimo edukacji, prewencji pierwotnej, palić zaczną. Wśród nich będą też tacy, którzy pozostaną niewrażliwi na zabiegi fiskalne, takie jak wzrost akcyzy, czy brak akceptacji społecznej, czy inne zachęty do rzucania palenia. I to są osoby, które niestety w dużej mierze zachorują na jakąś chorobę powodowaną paleniem. 

I tu dochodzimy do czegoś, co nazywa się prewencją trzeciorzędową, czyli m.in. redukcją szkód. W każdym nałogu, z mniejszym lub większym skutkiem może być ona realizowana. Nasi południowi sąsiedzi wybrali otwarte podejście do “harm reduction”, czyli redukcji szkód także w przypadku palenia papierosów. 

O redukcji szkód w kontekście palenia mówi się otwarcie za granicą, jak widać nawet za tą nam najbliższą, a u nas cały czas jest to temat nieobecny w oficjalnej narracji. Dlaczego? 

Ten negatywny stosunek dotyczy głównie środków [e-papierosów, podgrzewaczy tytoniu - red.], związanych z redukcją szkód. Ja nie jestem wyznawcą podejścia: “Albo rzucasz, albo nic dla ciebie nie zrobimy”. Obserwując pacjentów przez wiele lat, wiedzę, że spora część z nich wraca do nałogu, próbują ponownie rzucać, niestety 30 procentom, niektórzy sądzą, że to większa liczba, nigdy się to nie udaje. 

Oczywiście możemy udawać, że ich nie widzimy. Uważam jednak, że to nie fair, że na nich obrażać się nie wolno. Dla tych osób powinny być jakieś alternatywy, które nie pozwolą im trwać w nałogu. 

Proszę pamiętać, że nałóg to jest choroba jak każda inna. Nad pacjentem pochylamy się z empatią, natomiast jeśli nie potrafimy go wyciągnąć z nałogu, to jest to jego wina i niech sobie radzi sam… Moim zdaniem to podejście niesłuszne. 

Nałogowcom, nawet tym, którzy mają już choroby z nałogu wynikające, czy to palaczom, czy alkoholikom, czy narkomanom, w zakresie, w którym potrafimy, powinniśmy pomóc.

To oczywiście nie jest działanie docelowe. Docelowo dobrze byłoby wykreować “smoke-free environment” i stwierdzić, że wokół nas nie ma palaczy. Jest to jednak projekt oparty na prewencji pierwotnej, edukacji od podstaw i jego efekt jest możliwy, ale może za 25 lat. Podejmując takie wyzwanie musimy też mieć plan na te 25 lat… 

Wielu przeciwników redukcji szkód poprzez stosowanie nowych technik twierdzi, że są one nie do końca zbadane, a jeśli już, to badania te są w jakiś sposób zawsze powiązane z korporacjami. Dobrze, w takim razie powinniśmy sfinansować badania z publicznych pieniędzy i stwierdzić czy te techniki rzeczywiście działają, czy rzeczywiście redukcja szkód następuje, czy inne ryzyka z nimi związane są czy ich nie ma. Takie stanie w rozkroku, czyli mówienie, że sami nie zbadamy, a jak ktoś inny zbada, to my tych wyników nie przyjmiemy, to nie jest właściwe podejście. 

Czyli pana redukcja szkód to właściwe podejście?

Mówimy tu o wąskiej grupie. Tej, która z nałogiem nie potrafi walczyć inaczej, niż korzystając z substytutu. Absolutnie restrykcyjnie należy pilnować, we wszystkich przypadkach, czy to podgrzewanego tytoniu, czy kieszonek z nikotyną, czy jakichkolwiek innych środków potencjalnie uzależniających, żeby młodzież nie miała dostępu do tych produktów.

Nie można dopuścić do sytuacji, z którą mieliśmy do czynienia w przypadku e-papierosów. W tej chwili “puffing” elektryków jest większą plagą wśród młodzieży niż palenie papierosów. To jest przestroga na przyszłość. Sytuacja nie może powtórzyć się z innymi produktami. Słowacy, na przykład, nieco się „zagapili” i u nich torebki z nikotyną zaczęły być bardzo popularne wśród młodzieży. 

Wydaje się, że do palenia papierosów, nałogu przecież śmiertelnego w skutkach, podchodzimy więc po macoszemu. W przypadku alkoholizmu czy narkomanii redukcja szkód jest akceptowalna. W przypadku papierosów pojawiają się obawy.

Kwestia świadomości. Wracamy do edukacji. To, że mamy 3,5 mln ludzi chorujących na POCHP to jest domniemanie. Zdiagnozowanych i leczących się jest 700 tysięcy. Ci inni mają “kaszelek popapierosowy”. A to, że nie mogą wejść na drugie piętro bez zadyszki? “A to normalne, mam już 50 lat”. No ludzie kochani! Przy takim podejściu nigdy nie zrozumiemy ani jako jednostki, ani jako społeczeństwo, istoty szkód wyrządzanych przez papierosy. 

W tej grupie znajdą się pewnie osoby, które na taki komentarz, czy w odpowiedzi na akcje społeczne, uświadamiające skutki palenia na organizm, stwierdzą: “A co to kogo obchodzi? Palę - to moja sprawa i tylko moja”. 

Świetnie, pod warunkiem, jeśli palacz zadeklaruje, że jak zachoruje, to będzie się leczył za własne pieniądze, a nie za publiczne. Bo jeśli leczymy się za pieniądze społeczeństwa, to sposób, w jaki doprowadzamy się do stanu choroby, też jest sprawą społeczeństwa.  

O jakich liczbach i kwotach mówimy, gdy mowa o leczeniu palaczy?

Według danych NFZ leczenie, czyli bezpośredni koszt chorób po papierosowych, z wyjątkiem nowotworów, bo one są z zasady grupowane razem, to co najmniej 700-800 mln zł kosztu bezpośredniego. 

Ale uwaga: w tych chorobach najważniejszy nie jest koszt bezpośredni, czyli to, co płacimy za leczenie, ale koszt pośredni, czyli wcześniejsza śmierć, inwalidztwo oddechowe czy absencja w pracy ze względów chorobowych. Te koszty są znacznie wyższe i nie idą w dziesiątki czy setki milionów, raczej w miliardy. Z raportu EY opublikowanego około 7 lat temu wynikało, że roczne koszty pośrednie POChP w Polsce to nawet 6,5 mld zł. rocznie. 

Ogromne

Tak, głównie dlatego, że nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji tej choroby. Kiedyś Polskie Towarzystwo Chorób Płuc zrobiło badanie rozpoznawalności określeń. 3 proc. respondentów wiedziało, mniej więcej, co to jest POChP. W każdej setce - tylko trzy osoby! Trudno więc przekonać ogół, że to istotny problem społeczny, jeśli mówimy o “kaszelku” a nazwa POChP nic nam nie mówi. W przypadku prewencji zachorowań i prewencji palenia - edukacja leży. 

Jak więc edukować skutecznie?

Użyła pani określenia: “akcje edukacyjne”. Dla mnie to oksymoron. Edukacja jest procesem ciągłym. Jeśli o papierosach mówimy trzy razy do roku: przy okazji Dnia Rzucania Palenia, Dnia Raka czy Świata Wolnego od Dymu, to efekty będą żadne. A więc należy zacząć edukować jak najwcześniej i powtarzać do znudzenia - aż temat będzie nam się śnił po nocach. 

Andrzej Fal - kierownik Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie, prezes Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego.