
Zadymiona “hospoda”, w której obok każdego kufla piwa stoi obowiązkowa popielniczka, to migawka z czasów słusznie minionych. Czesi, podobnie jak my, zakazali palenia w miejscach publicznych ponad dekadę temu. I, podobnie jak my, stwierdzili dzisiaj, że odsetek palaczy jak stanął w miejscu, tak stoi. W przeciwieństwie do nas postanowili jednak sprawdzić: dlaczego. A jak już się dowiedzieli – uderzyli się w pierś, zakasali rękawy i wzięli się do roboty. Dzisiaj czeski „princip minimalizace škod” jest odpowiedzią tamtejszego ministerstwa zdrowia na papierosowy problem.
Od lipca tego roku Rada Unii Europejskiej obraduje pod przewodnictwem Czech. Komuś, kto nieszczególnie wnikliwie bada zawiłości międzynarodowych polityk zdrowia publicznego (czyli prawdopodobnie większości z nas) mógł umknąć fakt, że jedna z kwestii, na które Czesi zamierzają położyć szczególny nacisk w trakcie swojej prezydencji, jest promocja ograniczania szkód i ryzyk zdrowotnych spowodowanych paleniem papierosów.
Skąd ten pomysł? Odpowiedź na to pytanie jest i nie jest zaskakująca, bo chodzi o skutki palenia: te zdrowotne kosztują. Dużo. Prawdziwym szokiem może być jednak to jak dużo.
Ile wydajemy na walkę ze skutkami palenia papierosów?
Papierosy pali 25 proc. czeskiego społeczeństwa, czyli mniej więcej 2 mln osób. W Polsce odsetek palaczy jest zbliżony. Podobna jest również liczba zgonów, spowodowanych skutkami palenia: w Czechach choroby takie jak rak płuca czy POChP są powodem jednej piątej wszystkich zgonów. Znowu – podobnie jak w Polsce.
Można więc przyjąć, że i wydatki Czechów na walkę ze skutkami palenia papierosów są podobne, co w Polsce, czyli ogromne. W naszym kraju sięgają one 15 proc. całości nakładów na służbę zdrowia, czyli ponad 18 mld zł.
To jednak nie wszystko: swoje kosztuje również obniżona produktywność czy absencja pracowników, których osłabione papierosami zdrowie szwankuje. Tego rodzaju koszty pozamedyczne można określić tylko szacunkowo, ale w raportach pojawiają się kwoty na poziomie 15 mld zł.
Ponad 33 mld, jakie otrzymamy po zsumowaniu tych kosztów, wydają się ogromną kwotą. Największym wydatkiem jest jednak zawsze ten powodowany bólem i cierpieniem, jakie wiążą się z chorobą oraz, w tym przypadku niezwykle często, zgonem bliskiej osoby.
Wspomniane wydatki można starać się redukować. I robi to oczywiście zarówno polski, jak i czeski rząd. Do niedawna podejście władz w obu krajach niespecjalnie się różniło: kolejne akcje społeczne miały za zadanie wystraszyć palaczy: a to czarnym płucem, a to na wpół zgniłym językiem. Zniechęcająco miały działać również podwyżki akcyzy, ale jak się okazuje, w celu sfinansowania nałogu, palaczy nie powstrzymuje nawet wzrost cen papierosów.
Swojej funkcji nie spełniły również poradnie: w Polsce za brak skuteczności odpowiada niewielka liczba takich placówek (zaledwie trzy), w Czechach - niska wydolność systemu (ze świadczeń umożliwiających uzależnienia od tytoniu i nikotyny korzysta zaledwie 0,15 proc. tamtejszych palaczy).
Pomimo tych wysiłków, odsetek palaczy “zablokował się” w okolicy 20 proc. i od jakiegoś czasu nie zamierza drgnąć. Czesi postanowili więc, że czas na zmianę podejścia: wciąż przekonują, że niepalenie i całkowite porzucenie nikotyny to najlepsze wyjście. Ale tym, którzy nie są w stanie tego zrobić, otwarcie proponują rozwiązanie alternatywne.
„Princip minimalizace škod”, czyli ograniczanie szkodliwości po czesku
Ministerstwo Zdrowia Czech brało pod uwagę redukcje szkód już w kilka lat temu. Elastyczniejsze podejście do produktów o obniżonej szkodliwości znalazło się już w Narodowej Strategii Zdrowia na lata 2019-2027.
W dokumencie jest mowa o „zróżnicowanym podejściu do substancji oraz zachowań uzależniających, w zależności od ryzyka, jakie stwarzają”, a także o: „stworzeniu ram koncepcyjnych do stosowania programów redukcji szkód u konsumentów alkoholu i tytoniu”.
Z niedawnych wypowiedzi czeskich polityków wynika, że zamierzają oni zachęcać palaczy do porzucania papierosów na rzecz produktów o obniżonej szkodliwości, takich jak saszetki nikotynowe, e-papierosy czy podgrzewacze tytoniu.
– Idea świata, w którym nikt nie pali, według wszystkich dostępnych danych, jest raczej nierealistyczna. Dlatego w sektorze tytoniowym preferujemy podejście oparte redukcji szkód, promując alternatywne, znacznie mniej ryzykowne rozwiązania, opierające się na rosnącej liczbie badań i danych naukowych w tej dziedzinie – mówił Jindřich Vobořil, Koordynator ds. Zapobiegania Narkomanii w Ministerstwie Zdrowia Republiki Czeskiej.
– Przez lata koncentrowaliśmy się na polityce zakazywania, niezależnie od tego, czy jest to tytoń, alkohol czy narkotyki. I to podejście się nie sprawdza. Fakty i dane, którymi dysponujemy, pokazują, że racjonalna polityka opiera się na redukcji szkód czy też minimalizacji ryzyka zdrowotnego – stwierdził czeski polityk. I dodał:
– Jeśli chodzi o tytoń, to mamy już jasne dane z państw takich jak Szwecja i Wielka Brytania, że droga promowania alternatyw do tradycyjnych papierosów pozwala znacząco zmniejszyć statystyki przedwczesnych zgonów czy chorób układu krążenia i płuc, co tym samym wpływa też na system opieki zdrowotnej – argumentował Vobořil.
W rekomendacjach Krajowego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii Czech możemy też przeczytać, że Czesi zamierzają walczyć z papierosami na dwóch frontach: podatkowym i zdrowotnym.
Jak wynika z niedawnych deklaracji czeskich polityków w UE, będą oni promować swój „princip minimalizace škod”, czyli redukcję ryzyka, również na arenie europejskiej. Obok nich aktywnym orędownikiem tego podejścia jest też Wielka Brytania, ale w związku z Brexitem, to właśnie Czechy mają szansę przejąć pałeczkę w tej dziedzinie wśród państw UE.
