Weronika szczerze mówi nam o swojej sytuacji po przegraniu w wyścigu szczurów.
Weronika szczerze mówi nam o swojej sytuacji po przegraniu w wyścigu szczurów. Fot. naTemat.pl

Zawsze podejrzewałam, że historie o ludziach, którzy po pięćdziesiątce rzucili pracę w korporacji i wyjechali w Bieszczady lepić garnki, to scam. Dziś jestem w tym wieku, sprzedałam mieszkanie w Warszawie i kupiłam domek na wsi. Udaję, że wybrałam duchowość, a prawda jest taka, że czuję się przegrana – mówi Weronika w szczerej rozmowie z naTemat.pl.

REKLAMA

– Trafiłam do banku tuż po studiach. Potem była seria błyskawicznych awansów. Rozpierała mnie duma. I tak minęło mi 10 lat. Co jakiś czas u fryzjera przeglądałam miesięczniki, w których trafiłam na reportaże o kobietach, które po pięćdziesiątce rzuciły pracę w korpo, założyły ekologiczne gospodarstwo i robią kozie sery, albo o przyjaciółkach, które otworzyły fancy kawiarnię, no i klasyka – parach, które wyjechały w Bieszczady, żeby lepić gliniane garnki. Podświadomie czułam, że tak naprawdę to nie był ich wybór, tylko zgniły kompromis, i że ci ludzie nie dawali już rady, bo korpo ich przemieliło i wypluło, ale dorabiają do tego piękną teorię, taki mit założycielski. Nie spodziewałam się, że też pójdę tą drogą – zaczyna swoją historię moja rozmóczyni.

"Wypalenie, kryzys wieku średniego – korporacja mnie zmieliła"

– W pierwszych latach pracy wiele osób jest pełnych entuzjazmu, zauroczonych i zafascynowanych możliwościami rozwoju, jakie daje korporacja – komentuje psychiatra dr hab. n. med. Sławomir Murawiec.

– Jednak każda taka firma rządzi się podobnymi prawami. W praktyce to bardzo intensywna praca, w której ludzie często są wykorzystywani, nadużywani, nie przestrzega się granic, zakresu obowiązków i czasu pracy – zdarza się np. praca w godzinach nocnych, jeśli centrala i szefostwo jest na terenie kraju, który jest w innej strefie czasowej. A wtedy są nie tylko nocne maile, telefony, telekonferencje – dodaje.

Dr Murawiec podkreśla, że wiele osób jest w stanie pracować w takim trybie przez wiele lat. – A potem ich wydolność spada – po prostu z wiekiem albo z powodu przeciążenia informacyjnego, bo w pewnym momencie mózg jest wręcz "po korek" zatkany informacjami, bodźcami, zadaniami – mówi.

Wydolność spadła też Weronice.

– Może to kryzys wieku średniego, a może po prostu wypalenie, ale w pewnym momencie zaczęłam jechać na oparach. Tuż przed 50. urodzinami. Myślałam nawet, że to dlatego, że zbliżam się do tej magicznej granicy i że mój mózg się tym zasugerował na zasadzie placebo i włączyła mi się jakaś psychosomatyka. Próbowałam to przełamać i pracowałam jeszcze więcej. To pomogło, ale tylko na krótko – wspomina Weronika.

– W pewnym momencie zorientowałam się, że z trudem zwlekam się rano z łóżka i że choć super zarabiam, nie cieszy mnie już wydawanie pieniędzy. Nie miałam ochoty na podróże ani na zakupy. Kiedyś kręciły mnie wizyty w Vitkacu, ta atmosfera luksusu, wolałam kupować tam stacjonarnie, a nie przez stronę internetową – przymierzać w przymierzalniach, a nie przed lustrem w domu. Przez internet też kupowałam i z Zalando wciąż co kilka dni przychodziły paczki, a ja przestałam je rozpakowywać – opowiada.

W międzyczasie syn Weroniki wyjechał na studia za granicę i rozpadło jej się małżeństwo. – Ale tych dwóch rzeczy w tym pędzie w pracy niemal nie zauważyłam. Tylko przez chwilę poczułam rozczarowanie, że mąż za mną nie nadążał, a syn, choć skończył jeden z najlepszych uniwersytetów ekonomicznych świata, zamiast pójść w moje ślady, został surferem i bardziej niż inwestowaniem pieniędzy interesuje się pogodą nad morzem – wspomina Weronika. 

Czuła już wtedy, że powinna iść na zwolnienie od psychiatry, ale nie wyobrażała sobie, że mogłaby to zrobić. – To byłby dla mnie potworny wstyd. Niemal modliłam się o poważną chorobę, żeby życie zmusiło mnie to tego L4 i wyłączyło z pracy na wiele miesięcy. Bo zwolnienie na depresję czy wypalenie nie wchodziło w grę. Na to nie znalazłabym sama przed sobą usprawiedliwienia. Nawet na badaniach medycyny pracy udawałam zawsze zdrowszą niż byłam. Walczyłam więc dalej – jak to się mówi pogardliwie – w "wyścigu szczurów". A raczej mówią ci, którzy nie dali w nim rady i odpadli, by byli za słabi. Czułam, że właśnie ja odpadam, więc zaciskałam zęby i cisnęłam dalej – opowiada dalej kobieta.

Praca, praca, praca

– W pewnym momencie w trakcie kariery w korporacji wszystko zaczyna być podporządkowane pracy – ludzie często nie mają już życia prywatnego, rodzinnego, osobistego i żadnego hobby, które byłoby odskocznią. Myślą ciągle o pracy – także w domu. Nocą, nad ranem, w weekend też. Jest tylko praca, praca i praca. Przez pewien czas można tak żyć, ale przychodzi moment, gdy człowiek już nie daje rady. I choć bardzo się stara, nie jest w stanie dowozić, jak wcześniej, tych wszystkich celów, jakie stawiają przed nim szefowie – ocenia te wyznania dr Sławomir Murawiec

– Z powodu obciążenia ludzie "wysiadają" pod względem psychiatrycznym – pojawiają się zaburzenia snu, lęki, niepokoje, napięcia, a także pogarsza się sprawność poznawcza. Niektórzy lądują u kardiologa, bo oprócz nadciśnienia mają zaburzenia pracy serca, a u innych pojawiają się zaburzenia metaboliczne, np. cukrzyca. Ludzki organizm nie jest przystosowany do tak intensywnego wysiłku przez wiele lat i w końcu przestaje dawać radę – tłumaczy psychiatra.

Weronika wspomina, że była tak wykończona pracą, że nawet po weekendzie nie czuła się wypoczęta. Zresztą pracę często zabierała do domu na sobotę i niedzielę, bo miała problem, żeby się wyrobić.

– Te kejpiaje (KPI – Key Performance Indicators – red.), które miałam do wyrobienia, były nierealne, bo w pracy były zwolnienia grupowe, więc osób mniej, a zadań nawet więcej. Nie byłam w stanie na to tak racjonalnie wtedy patrzeć, a nie chciałam być jak te kobiety, na które zawsze patrzyłam z politowaniem – nienadążające, bo przechodzące menopauzę. A właśnie na to się zanosiło. Musiałam zrobić wyprzedzający ruch. Sama się zwolnić – opowiada. 

Dlatego, gdy w banku, w którym pracowała 25 lat, pojawiła się możliwość podłączenia się pod zwolnienia grupowe, nie wahała się. – Komunikowałam to tak, że zaczynam nowe życie, bo pozmieniały mi się priorytety i nie będę już zasuwać, jak chomik w kołowrotku, żeby prezes i cały zarząd, składający się z paru panów, którymi gardziłam, dostał roczną premię – wspomina. 

Odprawa była kosmicznie wysoka. W każdym razie, gdy porównywała swoją pensję do zarobków koleżanek, szczególnie tych z podstawówki i liceum z Konina. Mówi, że rząd wprowadził ograniczenia w wysokości opraw, ale że bank jakoś obszedł te przepisy, dając jej dodatkowo kwartalną premię i jakąś nagrodę. 

– W czasie trzymiesięcznego wypowiedzenia fantazjowałam, co zrobię ze swoim życiem po korpo. Takim życiem po życiu. Pomysłów miałam wiele, jeden szybko się skrystalizował – bar z przekąskami, ciastkami i kawą. Coś w stylu Prosecco Oyster Bar, który "odkryłam" w Pradze, nim zorientowałam się, że jest też w Polsce – w Warszawie i Wrocławiu. Chciałam, żeby to było coś takiego, ale większe i jeszcze "skrzyżowane" z kawiarnią, taką jak "Ciastko z dziurką" – opowiada Weronika. 

Zainwestowała w ten biznes prawie wszystkie pieniądze. Rodzina była przerażona. –Szczególnie mama, dla której praca na etacie, czyli taka z ZUS-em, to jedyna opcja. Wkurzało mnie to, bo nie dość, że to moje życie i moje pieniądze, to w dodatku nie miałam dzieci na utrzymaniu – dorosły syn zamieszkał w Brazylii, został instruktorem kitesurfingu i miał pełno bogatych kursantów z Europy. A z mężem liczyć się nie musiałam, bo od dawna go nie było. Kiedy miałam zaryzykować, jak nie teraz? – opowiada Weronika.

Na tym kawiarnianym biznesie wszystko straciła. Mówi, że może pogrążyła ją chyba ta "hybryda", bo jak coś "jest dla wszystkich, to dla nikogo", i że powinna się zdecydować, czy postawić na cukiernię z dobrą kawą – taką, jakie uwielbiała we Włoszech, czy na hiszpański bar tapas. 

– Nie miałam pojęcia, że gastronomia jest taka trudna. Oszukiwali mnie kucharze, kelnerzy. I nigdy nie umiałam przewidzieć, ile czego zamówić, żeby pod koniec dnia nie zabrakło tego, co oferowałam w menu. Choćby cholernej ekologicznej kiełbasy i serów do tapas, bo zawsze albo czegoś było za mało, albo za dużo. Nigdy w sam raz. I albo goście demonstrowali swoje rozczarowanie, albo trzeba było wyrzucać jedzenie pod koniec dnia. Pleśniał chleb wypiekany specjalnie dla nas, bo był bez konserwantów. Podobnie mięso i krewetki, wszystko błyskawicznie pleśniało, gniło, albo schło i do niczego się nie nadawało – mówi. 

"Porzucenie korporacji, agroturystyka i duchowość  to ładna przykrywka dla mojej porażki w pracy"

– Ludzie, którzy w pewnym momencie zaczynają rozumieć, że dalsza praca w korporacji i realizowanie kolejnych targetów nie ma już sensu, dzielą się zwykle na dwa typy. Jedni uzyskują coś, co można określić jako wgląd i podejmują świadomą decyzję o odejściu z pracy, by iść własną drogą i realizować swoje cele, a nie narzucone przez pracodawcę. Taką osobą jest np. Maggy Words Modlibowska, która wcześniej była wiceprezeską banku, a została modelką i artystką w wieku 50 lat. Ale to też osoby, które nie robią nic spektakularnego i zaczynają zajmować się po prostu czymś spokojniejszym, np. prowadzą swój mały biznes – wiele takich osób spotykam np. wśród przewodników kąpieli leśnych – mówi dr Murawiec. 

– Jednak drugi typ osób to osoby, które tylko fizycznie wyszły z korporacji, ale mentalnie wciąż w niej tkwią. Nie mają już stanowisk na wizytówce ani dawnych kontaktów i pieniędzy, ale nadal w tym upatrują poczucia własnej wartości. Odeszły z pracy, bo "nie wyrabiały" i wiedzą, że to już nie była dobra droga, ale wciąż mają zakodowane, że trzeba być wydajnym i "dowozić", że musi się udać. Mają wdrukowany przekaz korporacyjny, bo mówiąc kolokwialnie – padły ofiarą "prania mózgu", czyli tego, co duże firmy wciskają ludziom. Takie osoby nie dość, że mają poczucie winy, że w nowym życiu też "nie dowożą", to jeszcze często, przez to, że były tak bardzo zaangażowane w pracę, że nie miały nic poza nią i teraz nie mają żadnego pomysłu na siebie, nie wiedzą, co robić po odejściu z korporacji i jak nadać swojemu życiu sens. I są kompletnie zagubione – tłumaczy dr hab. n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra.

Dodaje, że dlatego optymalnym rozwiązaniem byłoby, gdyby ktoś, pracując w korporacji, równolegle kontynuował swoje osobiste zainteresowania. Bo wtedy wie, czym chce zająć się po tym, jak odejdzie z pracy.

Oczywiście, idealna sytuacja to taka, gdy, zanim to zrobi, rozkręci na bazie tych zainteresowań coś swojego na boku, np. jakiś biznes i już mniej więcej wie, czy mu "idzie", także pod względem finansowym.

– W praktyce jest to jednak bardzo trudne, bo w tym ostatnim okresie, przed odejściem z pracy, człowiek już nie wyrabia. I po godzinach czy w weekendy nadrabia to, czego nie zdążył zrobić od poniedziałku do piątku w godzinach pracy – mówi psychiatra.

Weronika dziś żałuje, że po odejściu z pracy brnęła w pomysł z kawiarnią na oślep i że nie powiedziała sobie "stop". – Byłam pewna, że jak się czegoś chce, to się to osiągnie. A kolejne przeszkody traktowałam jako znaki, że życie mnie testuje i że nie mogę się poddać – wspomina. Nie poddała się, ale zapożyczyła, bo miała nadzieję, że jak lokal przetrwa jeszcze kilka miesięcy, to zrobi się modnym miejscem.

– Wizualizowałam przed snem, że wejdzie do niego jakiś celebryta, zachwyci się klimatem i jedzeniem, wrzuci post na Instagram czy Facebooka, oznaczy moją kawiarnię i to ja zostanę bohaterką takich artykułów, jakie czytałam przed laty u fryzjera – mówi. 

Nic takiego jednak nie nastąpiło. A nim Weronika zamknęła lokal, zerwała kontakty ze znajomymi z dawnej pracy. – Wstydziłam się, bo gdy mój zespół żegnał mnie w pracy, opowiadałam o tej kawiarni. Wszyscy mi gratulowali pomysłu i mówili, że wiadomo, że czego się tknę, to będzie murowany sukces. Bo tak właśnie było ze mną w korporacji. Tylko że tam ścieżka awansu była prosta, dopiero teraz to widzę: targety, KPI, Excel, rozmowy z klientami – do tego byłam stworzona. Okazało się, że tylko do tego. Poza bankiem wyszło na to, że jestem jak człowiek, który wychodzi z więzienia po 25 latach i poza murami nie potrafi żyć – mówi Weronika. 

Bardziej niż stratę pieniędzy, przeżywała wstyd. To, że ludzie z dawnej pracy dowiedzą się, że splajtowała. – Poniosłam pierwszą porażkę w życiu! – wspomina. 

Została z długami u kuzynki i jej męża. Nie chciała pożyczać pieniędzy od nikogo, ale bank, nawet ten, w którym do niedawna pracowała, nie chciał udzielić jej kredytu. A gdy skończyły się pieniądze z odprawy i oszczędności, a nie chciała jeszcze zamykać lokalu, została pod ścianą.

– Gdy bank, ten, w którym pracowałam 25 lat, nie dał mi kredytu, poczułam, że jestem nikim. Z dawnej pracy się nie odzywali, choć myślałam, że mam tam mnóstwo znajomych. Zadzwoniła tylko jedna dziewczyna, tak, z którą zaczynałam tam pracę po studiach. Spotkałyśmy się, gdy kawiarnia jeszcze działała, ale gdy zaczęła mówić, że mnie podziwia, przyznałam się do tego, że już dłużej z tym nie dam rady. Powiedziała wtedy, że w pracy kilka osób się ze mnie podśmiechiwało, a ktoś powiedział, że mogą robić zakłady, kiedy mi to padnie, bo zawsze byłam korpoludkiem, oderwanym od rzeczywistości. I siedziałam w "akwarium", czyli swoim przeszklonym gabinecie, a potem zjeżdżałam windą do garażu i jechałam do domu samochodem z klimatyzacją, więc nawet nie miałam pojęcia, jaka jest pogoda za oknem, a co dopiero o tym, co ludzie chcą jeść, skoro jadłam tylko w stołówce w pracy i w barze obok – zestawy lunchowe za cztery dyszki – opowiada Weronika. 

Wtedy uznała, że musi się zrehabilitować. I że odpuści, żeby udowodnić ludziom z dawnej pracy, że ma teraz dużo lepsze życie i że jest szczęśliwa.

– Przypomniałam sobie, jak skończyłam 35 lat i obejrzałam wtedy "Jedz, módl się i kochaj" z Julią Roberts. Poczułam, że chcę pojechać w podróż, żeby przewartościować życie. I to zrobiłam. To nie była żadna egzotyczna podróż – nawet nie Bali, które zresztą już egzotyką chyba nie jest, raczej jej karykaturą, ale do Toskanii, a potem jeszcze na medytacyjne odosobnienie. 10 dni bez komputera, telefonu i bez rozmów z innymi uczestnikami. To wszystko mnie odmieniło – wspomina.

Sprzedała mieszkanie w Warszawie na Saskiej Kępie. Wprawdzie to nie była ulica Francuska, gdzie ceny są jeszcze wyższe, ale ta sama okolica. Spłaciła długi i kupiła dom na wsi. Urządziła go w klimacie siedlisk, jakie widywała na Podlasiu. Miała zacząć agroturystykę.

– Taką z medytacjami, miałam już dogadaną instruktorkę, którą poznałam na tym odosobnieniu. A gdy miałam się ogłosić na Airbnb i czekać na pierwszych gości, wpadłam w panikę. Bałam się, że to za duże przedsięwzięcie i że skończy się tak, jak z kawiarnią, bo przecież też trzeba gotować, a o jodze nie mam pojęcia, byłam zdana na tę dziewczynę. Zrezygnowałam tuż przed metą, jak nie ja, tak się bałam kolejnej porażki. I tak naprawdę czułam, że ten mój skręt w duchowość, to ucieczka w efektownym opakowaniu, które miało zasłonić to, że przegrałam w korporacyjnym wyścigu szczurów, którym wcale nie gardziłam – opowiada. 

– Człowiek, który nie ma wpojonych korporacyjnych wartości, po odejściu z pracy próbuje różnych rzeczy. Daje sobie na to czas i wie, że może właśnie to, a może coś zupełnie innego mu się spodoba. A problemem osób, które mentalnie wciąż tkwią w korporacji, jest właśnie to, że nawet po odejściu z pracy uważają, że muszą "dowieźć", a wybór nowej drogi musi być trafiony za pierwszym razem. I jeśli postanawiają robić np. ceramikę, to musi to być już tylko to. A jak chcą otworzyć kawiarnię czy agroturystykę, to też kurczowo się trzymają tego pomysłu, bo muszą udowodnić, że będą w tym świetne i że odniosą sukces. Gdy to się nie udaje, mają poczucie winy, porażki, a nie poczucie uwolnienia, że wreszcie odeszli z korporacji – mówi dr Murawiec.

Weronika, po porażce z kawiarnią i niedoszłą agroturystyką, postanowiła hodować ekologiczne zioła.

– To nie było pomysłem zupełnie "od czapy". Sąsiadka od lat była wkręcona w balkonowe ogrodnictwo. I właśnie w zioła. A bazylia, mięta, melisa super jej rosły, w mieszkaniu udało się też z chili. I nawet ją w ten pomysł wciągnęłam, żebyśmy połączyły siły. Tylko że to było bardziej jej marzenie, a nie moje i czym innym jest opieka nad paroma doniczkami i skrzynkami na balkonie, a co innego rozkręcenie zielarskiego biznesu. W praktyce nie wyszło tak, jak dziewczynom, których profile obserwowałam na Instagramie – a szczególnie jednej młodej kaszubskiej zielarki, którą się inspirowałyśmy – wylicza. 

Co i dlaczego poszło nie tak? – Może po prostu powinnam była najpierw zajrzeć w głąb siebie i poczuć, co tak naprawdę mi w duszy gra? Bo mówi się, że jak idzie się za głosem serca, to wszystko sprzyja. Nie zrobiłam tego, bo wiem, co wtedy by to było. Coś totalnie obciachowego, np. stragan z warzywami. Albo sklepik w stylu "wszystko za 5 zł" z plastikową chińszczyzną – jak byłam mała, mówiłam, że kiedyś będę taki miała. Uwielbiałam chodzić z mamą na targ, przysłuchiwałam się, jak rozmawia o życiu z panią, która zostawiała jej najlepsze warzywa, a babcia dawała się namówić właśnie na ten sklepik z badziewiem, który mama omijała szerokim łukiem. W liceum wiedziałam, że to byłoby obciachowe, że te miejsca, to nie byłyby atrybuty sukcesu. I właśnie sukcesu pragnęłam. Byłam strasznie ambitna. Wyjechałam ze swojego miasteczka na studia do Warszawy. I poszłam w bankowość – wspomina Weronika. 

Co będzie dalej? – Nie wiem. Bo tak naprawdę chyba wciąż nie wiem, kim jestem. To brzmi totalnie absurdalnie, bo mam 50 lat. A chyba wciąż planując życie, myślę bardziej o innych, nie o sobie. Zastanawiam się, jakie to, co będę robić i co wrzucę na Facebooka czy Instagram, zrobi wrażenie na dawnych znajomych – dodaje.

Co doradziłby takim osobom psychiatra Sławomir Murawiec, gdyby trafiły do jego gabinetu? – Porozmawiałbym, by pomóc odkryć takiej osobie, czy to, co chce robić teraz, jest rzeczywiście jej wyborem, czy może wciąż głównie realizacją celów, podobnych do tych, które narzucała jej korporacja. I czy taka osoba chce odnieść sukces w danej dziedzinie, jako ona, czy może jedynie próbuje odzyskać utracone po odejściu z pracy poczucia wartości i znaczenia i tak je sobie zrekompensować – mówi.

Jak znaleźć odpowiedź na to pytanie, jeśli ktoś nie chce szukać specjalistycznej pomocy, np. iść do psychiatry, terapeuty czy coacha? Czasem warto zadać sobie proste pytanie: "Czy było coś takiego, co interesowało mnie, zanim trafiłam/trafiłem do korporacji?". 

– To daje szansę na powrót do swoich korzeni – do czegoś, co jest moje, a nie zostało mi narzucone. A gdy ktoś to odkryje, to zaczyna być mu obojętne, co myślą o nim i jego wyborach inni, np. koledzy z dawnej pracy. Wie, że szuka swojej drogi. I nie musi nic nikomu pokazywać ani niczego innym udowadniać – mówi dr hab. n. med. Sławomir Murawiec.