
Jarosław Gowin, lider konserwatywnego skrzydła PO, przekonuje w tygodniku "Do Rzeczy", że skuteczność in vitro to zaledwie 5 proc. Zdaniem byłego ministra sprawiedliwości przedstawiane u nas dane są zawyżone. Gowin znany jest tego, że ma "w nosie literę prawa", ale wywiad dla "Do Rzeczy" pokazuje, że w nosie ma również twarde dane.
Muszę ci przyznać rację, procedura in vitro jest bardzo mało skuteczna. Opowieści o tym, że jej skuteczność wynosi 25, 30, a nawet kiedyś czytałem, że 70 proc., można włożyć między bajki. To zwyczajne kłamstwa. Realistyczne dane znamy jedynie z Wielkiej Brytanii. Tam wszystko wolno, dopuszczalne jest nawet tworzenie hybryd ludzko-zwierzęcych. Ale Brytyjczycy zarazem podają uczciwe statystyki: z jednej strony liczbę stworzonych zarodków, a z drugiej narodzonych dzieci. I tak mierzona skuteczność wynosi 5 proc. CZYTAJ WIĘCEJ
Dzisiaj w Polsce trudno jasno i jednoznacznie obalić lub potwierdzić tezy Gowina. Ministerstwo Zdrowia nie zbiera danych z klinik, które wykonują zabiegi zapłodnienia pozaustrojowego. Te, które chcą uchodzić za wiarygodne i realizujące wysokie standardy poddają się monitoringowi Europejskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii (ESHRE).
W 2008 roku na około 50 klinik, które prowadzą zabiegi in vitro, raporty złożyło 25. – Jest kilka sposobów mierzenia skuteczności in vitro – pod uwagę może być brana liczba rozpoczętych programów in vitro lub liczba wykonanych transferów zarodków do macicy, a następnie liczba potwierdzonych ciąż klinicznych (pęcherzyk ciążowy widoczny w badaniu USG, potwierdzona akcja serca) albo liczba żywo urodzonych dzieci – wyjaśnia prof. Krzysztof Łukaszuk, kierownik Klinik Leczenia Niepłodności Invicta.
Pełniejsze dane będziemy mieli dopiero po pierwszym roku działania projektu Ministerstwa Zdrowia, które jednak na razie nie ujawnia według jakich kryteriów będzie mierzyło skuteczność finansowanych z budżetu zabiegów. Trwa jeszcze procedura odwoławcza od konkursu, mającego wybrać kliniki leczące niepłodność w ramach rządowego programu i takie informacje mogłyby na nie wpłynąć. Dlatego na razie można opierać się na szacunkach Agencji Oceny Technologii Medycznych, która opiniuje skuteczność metod leczenia finansowanego przez Ministerstwo Zdrowia.
W wywiadzie dla "Do Rzeczy" Gowin przekonuje też, że polscy ginekolodzy niepotrzebnie stosują niebezpieczną dla kobiet terapię hormonalną wyłącznie z powodu ulegania interesom koncernów farmaceutycznych. Tymczasem jeśli pacjentka uzna to za stosowne, może zrezygnować ze sztucznie podawanych hormonów. – Oznacza to jednak, że lekarze nie mają wpływu na jakość, ilość i moment dojrzewania komórek jajowych u pacjentki. Z tego powodu procedura ta jest wskazana tylko w niektórych przypadkach. U większości pacjentów skuteczność tej metody ocenia się na od 10 proc. do 25 proc., a u części z nich (np. u pań z niską rezerwą jajnikową) może nie przynieść żadnego efektu – zastrzega prof. Krzysztof Łukaszuk.

