
Kaja Godek, Grzegorz Braun i cała reszta ich towarzyszy będą mieli teraz problem, gdy zechcą po raz kolejny zdezorganizować pracę któregoś ze szpitali. Sąd w Gdańsku właśnie orzekł, że decyzja miejskich urzędników o rozwiązaniu styczniowej manifestacji pro-life przed szpitalem na Zaspie była słuszna i zgodna z prawem. To powinno dać władzom innych miast narzędzie do tego, by wydawać podobne decyzje w sytuacjach, gdy antyaborcyjne pikiety utrudniają pracę lekarzy i uniemożliwiają leczenie pacjentów.
Szpital na Zaspie to regularny cel pro-liferów
Szpital św. Wojciecha w gdańskiej dzielnicy Zaspa stał się w ostatnich miesiącach jednym z ulubionych celów pikiet ludzi pokroju Kai Godek. Środowisko skupione wokół Fundacji Życie i Rodzina i Fundacji Ratuj Życie twierdzi, że to właśnie w tej placówce regularnie dochodzi do nielegalnych aborcji, a stosowane przez lekarzy metody są okrutne i niehumanitarne. I choć te zarzuty nie zostały do tej pory potwierdzone przez żadne państwowe instytucje, nie przeszkadza im to w organizowaniu na Zaspie comiesięcznych seansów nienawiści.
Do antyaborcyjnych pikiet dochodzi w Gdańsku raz w miesiącu. Zawsze jest to niedziela, zawsze jest to południe. Jest to więc czas, gdy wiele osób korzysta z możliwości odwiedzenia swoich leczonych w szpitalu najbliższych. Taka wizyta wiąże się jednak z całą masą problemów.
Szpital na Zaspie szczelnie otoczony jest kordonem policji, pro-liferzy emitują z głośników między innymi głośne dźwięki płaczących dzieci, obrzucają lekarzy inwektywami, nazywają ich mordercami, a w rękach trzymają transparenty i plakaty, na których znajduje się zestaw obowiązkowy takich wydarzeń, czyli makabryczne zdjęcia abortowanych płodów, a obok nich grafiki przyrównujące działalność medyków do praktyk stosowanych przez nazistów.
Gdański ratusz rozwiązuje pikietę
Władze Gdańska wielokrotnie były proszone przez działaczy środowisk lewicowych o to, by nie zgadzać się na organizację takich manifestacji. Odmawiały, twierdząc, że zgłaszane są one w trybie uproszczonym, który nie przewiduje opcji odmowy. Samorząd może jednak wysłać na miejsce swojego przedstawiciela, który obserwując to, co się dzieje, może podjąć decyzję o rozwiązaniu zgromadzenia, jeśli uzna, że naruszane są przepisy prawa, zwłaszcza te mówiące o bezpieczeństwie ludzi. Tak też stało się 18 stycznia.
Zobacz także
Organizator manifestacji rozwiązał ją zgodnie z poleceniem urzędnika, a następnie odwołał się do Sądu Okręgowego w Gdańsku. A ten w poniedziałek 2 marca ogłosił swoją decyzję: decyzja o rozwiązaniu zgromadzenia była zgodna z prawem. Kluczowe jest tutaj to, co wpłynęło na taką, a nie inną decyzję sądu.
Sąd zdecydował: to było zgodne z prawem
Sędzia Michał Jank podkreślił, że nie wszystkie argumenty przytoczone przez gdański magistrat znalazły potwierdzenie. Na przykład nie można działania pikietujących potraktować jako propagowania ideologii nazistowskiej. Bo nawet jeśli na plakatach pojawiały się związane z nią symbole, to zdaniem sądu intencją ich twórców nie było gloryfikowanie tego, co Niemcy robili w latach 30. i 40. XX wieku.
Sąd w Gdańsku jednak zgodził się z tym, że to, co działo się przed szpitalem na Zaspie, miało charakter "nieobyczajnego wybryku". To bardzo szeroka kategoria prawna, którą można szeroko interpretować. Dla sędziego pokazywanie makabrycznych zdjęć w biały dzień ludziom, którzy nie mają nic wspólnego z daną sprawą, często towarzyszą im dzieci, a sam moment odwiedzin bywa dla nich trudny, jest niczym innym jak naruszeniem ich granic.
Podobnie sąd zinterpretował wznoszenie okrzyków oskarżających lekarzy z gdańskiego szpitala o mordowanie nienarodzonych dzieci. Personel placówki od miesięcy czuje się zastraszony, bo szpital na Zaspie nieprzyjemności spotykają też na co dzień, ostatnio na przykład trzeba było go ewakuować z powodu groźby wysłanej przez anonima, w której ów człowiek groził wejściem na oddział z bronią. A że lekarze mają za zadanie chronić ludzkie życie i zdrowie, to wytwarzanie w trakcie ich pracy atmosfery, w której mają prawo sami czuć się zagrożeni, jest - zdaniem sądu - przesłanką uzasadniającą rozwiązanie takiego zgromadzenia.
Co oznacza ta decyzja sądu? Tak naprawdę bardzo wiele. Teraz urzędnicy z Gdańska będą doskonale wiedzieli, w którym momencie mogą bez obaw o podważenie ich działań rozwiązać zgromadzenie. Wystarczy zobaczyć wyciągane potworne transparenty czy usłyszeć oszczerstwa wobec personelu. Oczywiście wciąż dla organizatorów będzie istnieć droga odwoławcza od takiej decyzji, ale sąd w swoim orzeczeniu wyznaczył kierunek innym sędziom.
Nowe narzędzie w rękach urzędników?
To ma jednak też znaczenie ogólnopolskie. Wszak pro-liferzy w ostatnich miesiącach rozgościli się także w wielu innych miastach. Regularnie demonstrują przed szpitalami w Oleśnicy, Lubaniu czy Olsztynie. Tam do tej pory zgromadzeń nie rozwiązywano. Ale po wyroku, jaki zapadł w sądzie w Gdańsku, urzędnicy będą mieć w ręku papier ułatwiający im podjęcie takiej decyzji.
Sędzia Jank zaznaczył, że jego decyzja w żadnym wypadku nie jest naruszeniem wolności zgromadzeń. Jest to bowiem w Polsce bardzo istotne prawo, które powinno przysługiwać każdemu obywatelowi. Jednak prawo do nieskrępowanych manifestacji kończy się tam, gdy może zagrażać bezpieczeństwu innych. A tak jest w przypadku pikiet de facto paraliżujących funkcjonowanie szpitali. Bo pro-liferzy w imię obrony nienarodzonych dzieci może i są w stanie stać godzinami na mrozie, ale już los zwykłych ludzi, idących do szpitala licząc na pomoc lekarzy, zdaje się być im już zupełnie obojętny.
