
"A co z osobami, które…?" – ten schemat komentarza stał się jednym z częstszych elementów internetowych dyskusji. Często pojawia się nawet wtedy, gdy autor posta nie przedstawia swojej opinii jako uniwersalnej zasady. Eksperci wskazują, że takie reakcje mogą wynikać z kilku różnych mechanizmów. Znaczenie ma zarówno sposób, w jaki działają media społecznościowe, jak i nasze przywiązanie do własnych doświadczeń. Widząc poradę lub opinię, wiele osób automatycznie szuka sytuacji, w których ona nie działa.
Jeszcze niedawno podobne komentarze ginęły w tle internetowych rozmów. Dzisiaj potrafią zdominować całą dyskusję. Zjawisko zostało opisane przez badaczy i doczekało się własnego określenia.
Czym jest whataboutism?
Whataboutism to sposób prowadzenia dyskusji polegający na odwracaniu uwagi od głównego tematu poprzez wskazywanie innych wyjątków, problemów lub grup, które rzekomo zostały pominięte. Zamiast odnieść się do przedstawionego argumentu, rozmówca odpowiada: "A co z...?" (ang. "What about…?")
W internecie zjawisko przybiera dziś szczególnie charakterystyczną formę. Dobrym przykładem jest viralowy film z TikToka, w którym twórczyni pokazała przepis na wegańską zupę fasolową bogatą w żelazo. Materiał był skierowany do kobiet zmagających się z anemią podczas menstruacji. Obok pozytywnych komentarzy szybko pojawiły się jednak pytania: "A co, jeśli nie lubię fasoli?" albo "Czym mogę ją zastąpić?".
Na pierwszy rzut oka brzmią niewinnie. Problem polega na tym, że autor filmu nie twierdził, iż jego przepis jest jedynym możliwym rozwiązaniem. Mimo to część odbiorców potraktowała go tak, jakby miał odpowiadać na każdą możliwą sytuację. To właśnie ten przypadek dał początek internetowemu określeniu "bean soup theory", czyli "teorii zupy fasolowej". Dziś termin opisuje sytuacje, w których użytkownicy oczekują, że każda publikacja będzie uwzględniać ich indywidualne doświadczenia.
Dlaczego ludzie reagują w ten sposób?
Zdaniem ekspertów nie chodzi wyłącznie o złośliwość. Psychologia podpowiada, że większość ludzi naturalnie interpretuje świat przez pryzmat własnych doświadczeń. Micheline Maalouf, terapeutka zdrowia psychicznego, zwraca uwagę, że taki egocentryczny filtr jest czymś normalnym. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy nie potrafimy zrobić kolejnego kroku i zaakceptować, że nie każda treść musi być skierowana właśnie do nas.
Do tego dochodzą media społecznościowe. Algorytmy są zaprojektowane tak, aby wyświetlać użytkownikom materiały dopasowane do ich zainteresowań. Gdy nagle pojawia się coś, co nie odpowiada naszym potrzebom, część osób odbiera to niemal jak błąd systemu.
Badaczka mediów dr Jessica Maddox uważa, że właśnie dlatego wiele osób reaguje irytacją zamiast zwyczajnie przewinąć ekran. Skoro algorytm zwykle pokazuje "treści dla mnie", pojawia się przekonanie, że każda publikacja również powinna być dopasowana do naszych oczekiwań.
Eksperci wskazują również na wpływ pandemii COVID-19. Okres izolacji sprawił, że wiele relacji przeniosło się do internetu, a jednocześnie nasiliły się społeczne dyskusje dotyczące nierówności, wykluczenia czy zdrowia psychicznego. To ważne tematy, jednak część użytkowników zaczęła dostrzegać pominięcie własnej sytuacji niemal w każdej internetowej publikacji. W efekcie zwykły wpis o porannej kawie w ogrodzie może zostać odebrany jako przejaw uprzywilejowania, a porada terapeuty dotycząca radzenia sobie z napadem paniki – jako atak na osoby cierpiące na inne schorzenia.
Specjaliści podkreślają, że często nie wynika to ze złych intencji, lecz z poczucia bycia pomijanym lub niezauważanym. Niektórzy użytkownicy zakładają też, że autor celowo wykluczył określone grupy, zamiast przyjąć prostsze wyjaśnienie – że po prostu nie był w stanie uwzględnić wszystkich możliwych wyjątków.
Zobacz także
Dlaczego jest to problem i jak nie wpaść w pułapkę whataboutismu?
Problem nie kończy się na kilku nieprzyjemnych komentarzach. Twórcy internetowi przyznają, że coraz częściej czują się zmuszeni do dodawania kolejnych zastrzeżeń i wyjątków, zanim jeszcze opublikują materiał. Zamiast skupić się na przekazie, zastanawiają się, jakie zarzuty mogą pojawić się w komentarzach.
To z kolei utrudnia tworzenie prostych, przystępnych treści. Paradoks polega na tym, że algorytmy premiują krótkie materiały, podczas gdy odbiorcy coraz częściej oczekują, że autor w kilkudziesięciu sekundach odniesie się do wszystkich możliwych scenariuszy. Efekt? Coraz więcej frustracji po obu stronach ekranu.
Eksperci proponują więc prosty test, który warto wykonać przed napisaniem komentarza. Zamiast od razu pytać: "A co ze mną?", lepiej zastanowić się, czy rzeczywiście przeczytaliśmy lub obejrzeliśmy cały materiał. Warto też zadać sobie pytanie, czy autor faktycznie chciał kogokolwiek wykluczyć, czy może po prostu opisywał konkretny przypadek. Pomocne może być również spojrzenie na własne emocje. Czy komentarz wynika z realnego problemu, czy raczej z frustracji, zazdrości albo poczucia niesprawiedliwości?
Specjaliści podkreślają, że większa otwartość na cudzą perspektywę przynosi korzyści nie tylko internetowym dyskusjom. Pozwala także zmniejszyć poziom napięcia, ograniczyć impulsywne reakcje i łatwiej zaakceptować fakt, że nie wszystko w sieci musi być skierowane właśnie do nas. Bo być może najważniejsza lekcja jest zaskakująco prosta: świat nie jest projektowany pod jednego odbiorcę. I właśnie dzięki temu pozostaje ciekawszy.


