Lekarz w Szpitalu Wolskim czekał, aż zawał u pacjenta… sam przejdzie.
Lekarz w Szpitalu Wolskim czekał, aż zawał u pacjenta… sam przejdzie. Fot. Grażyna Jaworska / Agencja Gazeta

Chociaż karetka przyjechała do 72-letniego prof. Marka Kosewskiego po kilku minutach, zawał zdążył zniszczyć dużą część jego serca. Wszystko przez lekarza, który przez kilka godzin trzymał pacjenta na łóżku szpitalnego oddziału ratunkowego, zamiast skierować go na kardiologię. Doktor czekał, czy zawał pacjenta… minie sam.

REKLAMA
Podczas zawału ważna jest każda minuta, która może zdecydować o uratowaniu życia i zdrowia pacjenta. Dlatego karetki ratunkowe już po kilku-kilkunastu minutach przyjeżdżają do pacjentów, u których występuje podejrzenie zawału. Tak było w przypadku prof. Marka Kosewskiego, 72-letniego wykładowcy, którego historię opisuje "Gazeta Wyborcza". Mężczyznę zabrano z uczelni z podejrzeniem zawału, który potwierdziło badanie EKG – trafił na oddział ratunkowy Szpitala Wolskiego.

Profesor przeleżał godzinę, aż zniecierpliwiony, bo ból nie ustępował, przywołał pielęgniarza: - Odpowiedział, że wszystko odbywa się zgodnie z procedurami, a boleć musi, bo EKG wskazuje przecież na zawał. Teraz trzeba to jeszcze potwierdzić przez badanie krwi. (…) Jeśli poziom troponiny się obniży, będzie to znaczyć, że zawał "sam mija". Jeśli nie, odeślą go na kardiologię. CZYTAJ WIĘCEJ

Źródło: "Gazeta Wyborcza"

Ale cierpliwość profesora wyczerpała się, kiedy o połowę młodsza pacjentka, także z podejrzeniem zawału, po godzinie leżenia na łóżku wzięła płaszcz i wyszła. Zawołał lekarza i spytał, czy pamięta, że przywieziono go z zawałem i liczy się każda chwila. Po kolejnych badaniach krwi i EKG pacjenta przeniesiono na kardiologię, gdzie wszczepiono mu dwa stenty. Ale było za późno – spora część mięśnia obumarła. Prof. Kosewski napisał do dyrektora szpitala list otwarty, w którym skarży się na tę sytuację, w placówce zarządzono kontrolę, a lekarz stanie przed komisją odpowiedzialności zawodowej.
Kilka miesięcy temu pacjent z zawałem, którego transportowano do kliniki w Nysie, mógł przypłacić życiem kolejne błędy w służbie zdrowia, bo trzeba było ściągać karetkę z Opola. W efekcie przejazd 300 metrów trwał 1,5 godziny. Wszystko przez złe procedury i brak pieniędzy.

Źródło: "Gazeta Wyborcza"