Csandcom

Zespół badawczy z Norwegii wierzy, że jest na najlepszej drodze do rozwikłania zagadki zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej niemowląt, co umożliwiłoby nie tylko łatwiejsze rozpoznawanie, ale i zapobieganie problemowi. Rozszyfrowanie mechanizmów stojących za schorzeniem ułatwi stworzenie skutecznego leku czy terapii – mówi prof. Torleif Rognum, który prowadzi projekt badawczy na Uniwersytecie w Oslo.

REKLAMA
Nagła śmierć łóżeczkowa zapisana w genach
Zespół nagłej śmierci łóżeczkowej stanowi niewyjaśnioną dotychczas przyczynę śmierci dzieci w pierwszym roku ich życia. Jest to jeden z głównych powodów śmierci niemowląt na Zachodzie. Zakład medycyny sądowej, którym kieruje prof. Rognum, podejrzewa, że powiększone kanały transportujące wodę w mózgach dzieci podatnych na zespół nagłej śmierci łóżeczkowej sprawiają, że organ pęcznieje, co prowadzi do zgonu.
Jak podkreśla prof. Rognum, jest to nowy trop w badaniach nad śmiertelnością niemowląt. Te niewielkie kanaliki studiowane są dopiero od ok. 10-15 lat. Modyfikacje w ich zakresie są częścią normalnej zmienności genetycznej, jednak w niektórych okolicznościach mogą okazać się niebezpieczne dla dzieci.
Współpracownik prof. Rognuma – Siri Opdal – w 2010 roku opublikował badanie, z którego wynika, że niemowlęta dotknięte zespołem nagłej śmierci łóżeczkowej przeważnie są nosicielami nietypowego wariantu genu, nazywanego akwaporyną 4, który wpływa na tworzenie kanałów transportujących wodę. Jak podejrzewa specjalista, zbyt duży ich rozmiar może przyspieszyć zbieranie się płynu w komórkach, skutkując obrzękiem mózgu.
Skąd różnice w wadze dziecięcych mózgów?
Zakład medycyny sądowej, odpowiedzialny za przeprowadzanie sekcji zwłok we wszystkich przypadkach nagłych śmierci łóżeczkowych norweskich niemowląt, analizuje obecnie mózgi dziecięce w celu potwierdzenia swojej teorii. Jak na razie wiadomo, że narządy niemowląt przekraczają średnią wagę. Według prof. Rognuma, konieczne jest dokładne określenie zawartości wody w mózgu – w ten sposób możliwe będzie stwierdzenie, czy narząd naprawdę pęcznieje, czy istnieją inne powody jego wyższej wagi.
Niestety, z powodu braku wiedzy na temat tego niemowlęcego problemu, w latach 90. wiele kobiet oskarżonych zostało o zamordowanie własnych dzieci. Miało to miejsce po tym, jak lekarze zapewnili sędziów, że sytuacja, w której dwoje dzieci jednej matki umiera w tak wczesnym wieku jest statystycznie niemożliwa. Patolodzy sądowi podawali ówcześnie, że jedna śmierć jest wielką tragedią, druga jest podejrzana, a trzecia wskazuje na morderstwo. Jednak wyjaśnienie takie jest zbyt proste, zaangażowane muszą być czynniki genetyczne – tłumaczy prof. Rognum.
Śmiercionośny pień mózgu
W listopadzie ubiegłego roku badacze ze szpitala dziecięcego w Bostonie dowiedli, że dzieci, które dotknęło to rzadkie, aczkolwiek groźne schorzenie, posiadały nieprawidłowości związane z pniem mózgu – np. zaburzenia oddychania czy problemy z tętnem i krążeniem krwi. Główna autorka badania, dr Hannah Kinney, mówi, że nieprawidłowości te czynią niemowlęta bardziej podatnymi na nagłą śmierć w wyniku jakiegokolwiek stopnia asfiksji (stanu niedoboru tlenu w organizmie). Problemy w zakresie pnia mózgowego uniemożliwiają mu zareagowanie na niedotlenienie, a dziecku – przebudzenie.
Zespół badawczy przyjrzał się 71 dzieciom, które poniosły nagłą śmierć łóżeczkową. Naukowcy porównali przyczynę śmierci niemowląt śpiących w niebezpiecznych warunkach (np. w pozycji na brzuchu) oraz dzieci, które umarły pomimo zdrowych warunków snu. Okazało się, że niemowlęta, które zginęły w wyniku nagłej śmierci łóżeczkowej posiadały odmienną budowę pnia mózgu niż te, które umarły z innych przyczyn. Zdaniem dr Kinney, groźne środowisko snu może spowodować śmierć każdego dziecka, jednak gdy zgon wynika z ułożenia jego ciała twarzą do dołu, najprawdopodobniej winić można nieprawidłową budowę pnia mózgu.
Konieczne jest stworzenie metody wykrywania tej nieprawidłowości u żyjących dzieci i jej wyeliminowanie – mówi specjalistka. Jest to kolejny cel jej zespołu badawczego. Oczywiście bezpieczny sen dziecka jest nadal istotny, gdyż pozwala uniknąć sytuacji, w której niemowlę nie może poradzić sobie ze stanem mogącym prowadzić do asfiksji – podkreśla dr Kinney.