Jedna z klinik leczenia niepłodności (zdjęcie ilustracyjne)
Jedna z klinik leczenia niepłodności (zdjęcie ilustracyjne) fot. Jan Zamoyski / Agencja Gazeta

Najpierw poznałam historię Pierwszej. Choć zdiagnozowano u niej dwa poważne schorzenia, receptą na niepłodność pozostała metoda in vitro. Zabieg nie powiódł się jednak, a rok później - po leczeniu hormonami - Pierwsza zaszła naturalnie w ciążę. Później poznałam kolejne podobne przypadki. Wszystkie razem kazały się zastanowić, czy zapłodnienie pozaustrojowe zawsze stosuje się wtedy, kiedy to naprawdę niezbędne.

REKLAMA
Kiedy zaczynałam pisać ten tekst, wydawało mi się, że pomogą mi niezależni eksperci, lekarze, badacze. Okazało się jednak, że o takich w Polsce bardzo trudno. Ci, którzy do in vitro podchodzą sceptycznie, zwykle w ocenach i zaleceniach, poza wiedzą medyczną, kierują się wskazaniami katechizmu Kościoła. Ci odpowiadają zwykle, że na polskim rynku medycznym liczy się nie interes pacjentów, a biznes koncernów farmaceutycznych.
Entuzjaści zapłodnienia pozaustrojowego sami zazwyczaj pracują w klinikach leczenia niepłodności. Dla których in vitro jest flagową usługą. Ci przekonują, że pośpiech wynika z tego, że im dłużej czeka się z rozpoczęciem procedury, tym szanse na sukces, bo tak w żargonie nazywa się poczęcie dziecka, jest mniejsza.
Zamiast lekarzom, oddam więc głos kobietom. Dwie z nich po nieudanych zabiegach in vitro zaszły w ciążę naturalnie. Trzecia zdecydowała się na kolejne badania. Czy w ich przypadku za niepowodzenie odpowiadało niewłaściwe leczenie? Zły lekarz? Stres? A może zachodząc w ciążę miały po prostu szczęście? Każdy przypadek jest inny. Nie zachęcam więc do ocen. Poddaję pod rozwagę.
Niepowodzenie
W przypadku Pierwszej od decyzji o tym, że już czas na dziecko, minął rok. Badania hormonalne pokazywały kiepskie wyniki, ale nikt nie był w stanie powiedzieć jej, gdzie leży przyczyna. Stymulowano ją tabletkami hormonalnymi, ale to nie pomagało. Szukała więc pomocy dalej i tak trafiła do warszawskiej kliniki leczenia niepłodności.
U Drugiej prawie natychmiast okazało się, że problem leżał po stronie męża – badania w klinice wykazały bardzo słabą jakość nasienia. Lekarze zaczęli więc od inseminacji – pobrania próbki nasienia od partnera, wypreparowania zdrowych plemników i umieszczenia ich w jamie macicy. Bezskutecznie. Orzekli, że in vitro to jedyna szansa.
Trzecią opiekował się ginekolog, który oglądając jej wyniki powiedział, że prędzej wygra na loterii majątek, niż zajdzie naturalnie w ciążę. Po operacji nieczynny jeden jajnik, nawet już później, przy in vitro z kilku pobranych komórek jajowych udało się zapłodnić jedną. Dlaczego, skoro wyniki badań były całkiem w porządku? Nikt nie wiedział.

Poszukiwania
- Klinikę leczenia niepłodności wspominam najgorzej ze wszystkich moich licznych doświadczeń lekarskich. Zaczęłam być stymulowana zastrzykami i po około dwóch miesiącach niepowodzeń, dowiedziałam się że jedyną receptą dla nas jest in vitro. Nie czułam się wtedy na to gotowa, wydawało mi się, że to za szybko, za łatwo, że jestem jeszcze młoda i trzeba spróbować innych metod – mówi. Zamiast zapłodnienia pozaustrojowego, kobieta podjęła leczenie endokrynologiczne i po jakimś czasie wreszcie usłyszała pierwszą diagnozę - zespół PCOS (policystycznych jajników) i choroba Hashimoto.
Z tą wiedzą Pierwsza poszukała innej kliniki leczenia niepłodności. Gdzie zaczęła się stymulacja tabletkami, którą kontynuowano także po pierwszym poronieniu. Pierwsza do dziś zastanawia się, dlaczego nie leczono jej już zdiagnozowanych schorzeń. W klinice przeprowadzono kauteryzację jajników (wykonanie kilku małych otworów w torebce jajnika), a po dwóch latach stymulacji hormonalnej, zaproponowano jej in vitro.
Trzecia także zmieniała klinikę. W pierwszej szybko przeprowadzono in vitro, z dwoma pozostałymi, zamrożonymi zarodkami. Pierwsza ciąża skończyła się w 7. tygodniu. Kolejna – ciążą biochemiczną. Testy wykazały, że Trzecia jest w ciąży, ale na usg nie było widać pęcherzyka płodowego. Po kilku dniach wróciła miesiączka.
In vitro
Druga zdecydowała się na in vitro po nieudanej inseminacji. W 2011 roku lekarzom udało się uzyskać kilka zarodków. - Sama procedura nie była nieprzyjemna. Zwłaszcza, że początkowo wydawała się zakończyć powodzeniem. Przez kilka tygodni byłam w ciąży. Pewnego dnia zaczęłam się źle czuć i to był początek końca. Najgorsza była zawiedziona nadzieja.
In vitro wydawało się ostatnią nadzieją na dziecko także Pierwszej. W 2013 roku, po siedmiu latach starań – podjęli z partnerem decyzję. Zabieg okazał się nieskuteczny – po siedmiu tygodniach ciąża obumarła. Drugiej próby już nie było.
Trzecia, po zmianie kliniki, próbowała jeszcze dwa razy. Za każdym z tym samym skutkiem. Czyli bez skutku. Trzecia zaczęła szukać pocieszeń na forach internetowych. Jak się okazało, to bardzo popularna forma. - Dziewczyny pisały, że wychodziło im za piątym, szóstym razem. To dawało nadzieję. Z mężem musieliśmy jednak zrezygnować. Procedury kosztują.
Rozwiązanie
Trzecia razie odpuściła. Próby leczenia in vitro nie przyniosły rezultatów. Koleżanki z forum poradziły, żeby spróbowała jeszcze uzupełnić badania. Pierwsza właśnie dzięki nim zaszła w ciążę - zamiast kolejnego in vitro pojawiła się próba leczenia na oddziale endokrynologicznym. - W szpitalu potwierdzono diagnozę - PCOS i hashimoto, wykluczono inne problemy. I zalecono mi leki i dietę – opowiada. - Po pół roku od in vitro zaszłam całkowicie naturalnie w ciążę. Kontynuuję leki, które mi zalecono. Kończę 1 trymestr.
Druga postanowiła po prostu odpuścić. Nieudana próba in vitro i długa walka o dziecko wyczerpały i ją, i męża. On zmienił pracę na mniej stresującą. Oboje zmienili dietę, zaczęli więcej wyjeżdżać z miasta. Uprawiać sport. Druga mówi, że próbowali się pogodzić z tym, że zostaną sami, zdecydowali, że nie będą rozważać adopcji. - Rok później spóźniła mi się miesiączka. Myślałam, że chodzi o zmianę klimatu, może jakieś leki. Zrobiłam test. Dwie mocne, różowe krechy – mówi dziś mama półtorarocznej córeczki.
Pierwsza nie wie, czy odradzać innym kliniki leczenia niepłodności. Wie natomiast, że w jej przypadku in vitro nie było oczywistą drogą do upragnionego dziecka. Tego niestety specjaliści od pozaustrojowego zapłodnienia nie powiedzieli.