
Brzmi przełomowo? Bo i jest. Ale zanim ktoś pomyśli, że to już recepta na rozwiązanie problemów z niepłodnością, warto się zatrzymać. Jesteśmy dopiero na samym początku tej drogi.
Na pierwszy rzut oka brzmi to jak scenariusz filmu science fiction: z ludzkich komórek skóry powstają komórki jajowe, które można zapłodnić. A jednak – to już nie tylko fantazja wizjonerów kina. Zespół naukowców z Uniwersytetu w Portland w Stanach Zjednoczonych oraz Uniwersytetu Cha w Korei Południowej dokonał czegoś, co może na zawsze zmienić sposób, w jaki patrzymy na płodność i medycynę reprodukcyjną.
Zanim jednak popadniemy w hura optymizm, warto się na chwilę zatrzymać. Badacze tłumaczą, że wykonali dopiero pierwszy krok na wyboistej drodze prowadzącej do zrozumienia, jak powstaje życie. Przejście od laboratoryjnego eksperymentu do realnej terapii to skomplikowany proces, pełen pytań natury etycznej.
Pozorna porażka, prawdziwy sukces
Naukowcy opisali swoje osiągnięcie na łamach Nature Communications. Sama procedura brzmi znajomo – to ta sama technika, którą wykorzystano kiedyś przy słynnej owcy Dolly.
Badacze przenieśli jądro z komórki skóry do komórki jajowej, pozbawionej wcześniej własnego materiału genetycznego. Komórki skóry mają bowiem 46 chromosomów, a komórki rozrodcze – tylko 23. Aby to pogodzić, trzeba było znaleźć sposób na "odchudzenie" DNA. Zastosowano więc mitomejozę, czyli sztuczne odtworzenie naturalnego podziału komórki.
Efekt? Ponad 80 nowych komórek jajowych, z których część udało się zapłodnić. Kilka rozwinęło się aż do blastocysty – czyli etapu zarodka, do którego dochodzi się w piątym–szóstym dniu.
I tu entuzjazm badaczy spotkał się z twardą rzeczywistością. Większość zarodków zatrzymała się wcześniej, a te, które dotrwały dalej, miały poważne błędy genetyczne – albo zbyt dużo chromosomów, albo ich złe sparowanie. Innymi słowy: nie mogłyby rozwinąć się w zdrowe dziecko.
Czy to porażka? Wręcz przeciwnie – badacze powtarzają, że wcale nie o to chodziło. Celem było sprawdzenie, czy metoda w ogóle ma sens. I to się udało.
Jeśli technologia zostanie dopracowana, mogłaby zmienić życie kobiet, które utraciły swoje komórki jajowe – po chorobie, wczesnej menopauzie albo chemioterapii. W teorii otwiera się też szansa dla par jednopłciowych.
Dekada oczekiwania na testy
Na razie jednak trzeba ostudzić emocje. Nawet sami autorzy mówią o co najmniej dekadzie, kiedy procedura zostanie dokładnie przebadana i sprawdzona. Do tego dochodzą jeszcze kwestie prawne i moralne, które w wielu krajach są nie do przeskoczenia.
Eksperci spoza zespołu przyznają, że to osiągnięcie robi wrażenie, ale na razie mówimy tylko o "dowodzie koncepcji". Jak podkreśla prof. Ying Cheong z Uniwersytetu w Southampton – jeśli uda się uporać z błędami chromosomów, świat medycyny reprodukcyjnej stanie na progu rewolucji. Inni studzą zapał, przypominając, że granica między medycyną a eksperymentem jest bardzo cienka i wymaga szczególnej ostrożności.
Historia pokazuje jednak, że wiele rewolucyjnych rozwiązań zaczynało się właśnie od takich nieidealnych, kruchych prób. Kiedyś podobnie mówiono o in vitro – a dziś dla milionów ludzi to najzupełniej normalna procedura.
Zobacz także
