Mężczyzna używający sprayu do nosa
Uzależnienie od sprayu do nosa to poważny problem Fot. naTemat.pl

– Nagle zrozumiałem, że bez sprayu nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Musiałem mieć go wszędzie – na biurku, w plecaku, w samochodzie. W domu trzymałem spory zapas. Kiedy widziałem, że się kończy, wpadałem w panikę. Nieważne, czy była druga w nocy, niedziela czy święto. Wsiadałem do samochodu i szukałem całodobowej apteki – opowiada Przemek, który przez osiem lat używał sprayów do nosa. Początki wychodzenia z nałogu opisuje jako jeden z najtrudniejszych okresów w życiu.

REKLAMA

Aleksandra Tchórzewska: Pamiętasz, kiedy pierwszy raz sięgnąłeś po spray do nosa?

Przemek Śmit: Tak, pamiętam to bardzo dobrze. Jestem alergikiem, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Byłem przekonany, że dopadło mnie wyjątkowo uporczywe, wiosenne przeziębienie. Katar nie mijał, więc żeby normalnie funkcjonować, zacząłem używać kropli.

Dopiero po latach dowiedziałem się, że od kwietnia do lipca mam silną alergię na pyłki traw. W tamtym czasie męczył mnie przede wszystkim wodnisty katar i kompletnie zatkany nos. Sięgnąłem po popularne preparaty bez recepty. Kojarzyłem je z sezonem grypowym, więc wydawały mi się czymś zupełnie normalnym.

Farmaceutka uprzedzała, że można ich używać najwyżej przez tydzień, bo później zaczynają się problemy. Jak wiele osób, nie przeczytałem ulotki i zlekceważyłem zalecenia.

Minął miesiąc, potem drugi… a ostatecznie skończyło się na ośmiu czy dziewięciu latach codziennego używania.

W którym momencie spray przestał być tylko doraźną pomocą, a stał się czymś, bez czego nie mogłeś funkcjonować? 

Na początku działał doraźnie. Zatykał mi się nos, więc po prostu pryskałem. Problem w tym, że z czasem zacząłem używać go cały rok – nie tylko w sezonie pylenia. Wiosną, latem, jesienią i zimą. Nos blokował się do tego stopnia, że bez kolejnej dawki nie mogłem oddychać. Zatoki miałem wiecznie zatkane, mówiłem charakterystycznym, nosowym głosem.

Do tego krople potwornie wysuszały śluzówkę. Po pewnym czasie zauważyłem, że sięgam po nie już nie tylko po to, żeby odetkać nos, ale też, żeby pozbyć się uczucia koszmarnej suchości. Miałem wrażenie, jakby coś narastało mi w środku. Pękały naczynka, pojawiała się krew, tworzyły się bolesne strupy. Wmawiałem sobie, że to pewnie niedobór witamin, bo człowiek chwyta się różnych wyjaśnień. Ponieważ problem robił się coraz większy, zacząłem szukać nowych, "lepszych" preparatów.

Wtedy pojawiły się spraye z dodatkiem substancji nawilżających. Miały jednocześnie obkurczać naczynia i chronić śluzówkę. Zacząłem stosować je regularnie i wpadłem w błędne koło, z którego nie potrafiłem wyjść.

Kiedy dotarło do ciebie, że to już uzależnienie?

Wtedy, kiedy zrozumiałem, że bez sprayu nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Musiałem mieć go wszędzie – na biurku, w plecaku, w samochodzie. W domu trzymałem spory zapas. Kiedy widziałem, że się kończy, wpadałem w panikę. Nieważne, czy była druga w nocy, niedziela czy święto. Wsiadałem do samochodu i szukałem całodobowej apteki.

Najgorsze były noce. Wystarczyło, że się położyłem, a nos natychmiast całkowicie się zatykał, bez względu na pozycję. Oddychałem wyłącznie ustami, więc rano budziłem się z potwornym bólem gardła. Powietrze nie było ani filtrowane, ani nawilżane i organizm bardzo szybko dawał mi to odczuć.

Co działo się w twojej głowie, kiedy nie miałeś przy sobie sprayu? 

Wpadałem w panikę. Musiałem używać ich w określonych odstępach czasu, inaczej czułem narastający niepokój. Dziś wiem, że to był klasyczny zespół odstawienny.

Doszły do tego zachowania kompulsywne. Siedząc przy biurku, bezwiednie obracałem buteleczkę w dłoni, bawiłem się nią i co chwilę miałem odruch, żeby psiknąć. To przypominało nawyki, jakie mają osoby uzależnione od papierosów – tylko, zamiast paczki papierosów, zawsze musiałem mieć przy sobie spray.

Czy przez te lata pojawił się choć jeden moment, kiedy udało ci się uwolnić od kataru?

Tak, gdy z żoną wyjechaliśmy na rok na Maltę. Tam praktycznie nie ma traw, więc moja alergia po prostu zniknęła. Przez wiele miesięcy nie miałem żadnych objawów.

I udało się wtedy odstawić spray?

Nie. Mimo że nie miałem zatkanego nosa, zabrałem ze sobą ogromny zapas kropli. Co więcej, jeszcze przed przeprowadzką sprawdziłem w internecie, czy na Malcie można je kupić bez recepty. Dopiero kiedy upewniłem się, że będą dostępne, poczułem ulgę. Dziś wiem, że to nie była już potrzeba fizyczna, tylko silny lęk. 

Co działo się po powrocie do Polski?

Wróciliśmy do Polski w połowie stycznia. Wiosną objawy alergii uderzyły ze zdwojoną siłą. Trafiłem do kolejnego alergologa, dostałem skuteczne leki na receptę i w końcu udało się opanować alergię.

Tylko że stało się coś zaskakującego – mimo że objawy zniknęły, ja nadal sięgałem po spray. W pewnym momencie zatrzymałem się i pomyślałem: "Skoro nie mam już kataru, nie mam alergii i normalnie oddycham, to dlaczego ja właściwie nadal to robię?"

Wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, że problemem nie jest już choroba, ale uzależnienie od samego preparatu. Śluzówka nosa przez lata przyzwyczaiła się do działania substancji obkurczającej naczynia. Kiedy lek przestawał działać, tkanki natychmiast puchły, a nos całkowicie się blokował.

Przemek Śmit

był uzależniony od kropli do nosa

To nie była już reakcja na pyłki ani infekcja. To był polekowy nieżyt nosa – organizm domagał się kolejnej dawki substancji, do której przez lata się przyzwyczaił.

Czy lekarze próbowali zdiagnozować źródło problemu? Kiedy odkryłem, że jestem alergikiem, zacząłem szukać pomocy. Ale początki nie były łatwe. Pierwsze leki przeciwhistaminowe działały na mnie fatalnie – przez cały dzień byłem senny, otępiały i kompletnie pozbawiony energii. Czułem się, jakbym funkcjonował na permanentnym kacu. Co gorsza, żaden z pierwszych lekarzy nie powiązał mojego przewlekłego zmęczenia z wieloletnim stosowaniem kropli do nosa. Dopiero drugi czy trzeci specjalista dobrał mi skuteczne leczenie alergii. Kto przerwał to błędne koło ze stosowaniem kropli?

Moja żona. Pewnego dnia powiedziała mi wprost: "Chłopie, chyba cię pogięło. Te krople stosuje się najwyżej tydzień, góra dwa, a ty używasz ich od kilku lat".

To był moment otrzeźwienia. A kiedy zdecydowałeś, że potrzebujesz pomocy, bo sam sobie nie poradzisz? Trafiłem do polecanej laryngolożki, która miała doświadczenie w leczeniu osób uzależnionych od kropli do nosa. Zmotywowała mnie też historia mojej znajomej. Ona używała ich jeszcze dłużej niż ja i skończyło się to operacją udrożnienia nosa. Do dziś zmaga się z poważnymi powikłaniami. To uświadomiło mi, jak wysoką cenę można zapłacić za zlekceważenie ostrzeżeń z ulotki.

Jak wyglądała twoja pierwsza wizyta u specjalisty?

Lekarka najpierw dokładnie mnie zbadała. Przyznała, że po ośmiu latach codziennego stosowania takich preparatów spodziewała się znacznie większych uszkodzeń śluzówki. Ku jej zaskoczeniu mój nos był w całkiem dobrym stanie.

Problemem okazał się jednak polekowy nieżyt nosa – po odstawieniu sprayu błyskawicznie dochodziło do całkowitej blokady.

Od razu przedstawiła mi plan leczenia. Kazała odstawić uzależniający spray i zastąpić go kroplami nawilżającymi dla niemowląt. W razie silnego zatkania nosa miałem doraźnie stosować tabletki z pseudoefedryną.

Tak zaczął się mój odwyk.

Jak organizm zareagował na odstawienie?

Pierwszy tydzień był koszmarny. Miałem wrażenie, że zwariuję. Nos był nieustannie zatkany, a organizm domagał się kolejnej dawki. A ja się pociłem.

Po kilku dniach lekarka zdecydowała, że odstawiamy nawet krople nawilżające. Zostały tylko tabletki i kolejne leki wspomagające terapię.

Te pierwsze dwa tygodnie wspominam jako jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Płakałem z bezsilności. Nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Czułem się jak osoba uzależniona od alkoholu, której z dnia na dzień zabrano jedyną substancję, bez której wydawało jej się, że nie przeżyje. Powiedziałem lekarce wprost, że psychicznie tego nie wytrzymam.

Widząc, jak ciężko przechodzę odstawienie, zmodyfikowała leczenie. Do terapii dołączyły sterydy donosowe, dodatkowe preparaty przeciwzapalne i leki wspomagające. 

Po około trzech tygodniach poczułem pierwszą prawdziwą ulgę. Blokada nosa zaczęła ustępować, a wraz z nią zniknęło obsesyjne poczucie, że muszę natychmiast sięgnąć po spray.

Czy organizm szybko wrócił do równowagi?

Nie. Byłem potwornie osłabiony. Kiedy próbowałem wrócić do sportu, zdarzało się, że nagle całkowicie opadałem z sił. Musiałem przerywać trening i zastanawiałem się, czy dam radę sam wrócić do domu, czy będę musiał wzywać karetkę.

Na szczęście to był etap przejściowy. Dziś od tamtego odwyku minęły trzy–cztery lata. Nie używam żadnych kropli obkurczających śluzówkę i po raz pierwszy od wielu lat mogę powiedzieć, że jestem całkowicie wolny od tego uzależnienia.

Kiedy dziś widzisz gdzieś krople do nosa, jeszcze cię do nich ciągnie czy to już zamknięty rozdział?

Przez pierwsze miesiące po odstawieniu zdarzały się takie myśli: "Kurczę, może by tak psiknąć, tylko sprawdzić, jak to jest?". Ale to szybko minęło. Dzisiaj, nawet kiedy jestem naprawdę mocno przeziębiony, patrzę na te buteleczki z autentycznym obrzydzeniem.

Czyli już nigdy po nie nie sięgniesz? Jak radzisz sobie z katarem?

Nigdy. Nawet przy najgorszej infekcji nie używam sprayu do nosa. Po prostu wydmuchuję nos albo sięgam po leki w tabletkach, na przykład z pseudoefedryną. Nie stosuję niczego miejscowo. Ksylometazolinę omijam najszerszym możliwym łukiem.

Przyszło ci kiedyś do głowy, że coś takiego może spotkać właśnie ciebie?

Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że można się od tego uzależnić, uznałbym go za wariata. Kiedy kilka lat temu żona zaczęła zwracać mi uwagę, że mam problem, strasznie mnie to irytowało. Dziś wiem, że ta złość była jednym z objawów uzależnienia. Wściekałem się, gdy ktoś sugerował, że przesadzam. Powtarzałem: "Daj spokój, przecież to niemożliwe".

Dopiero kiedy pierwszy, drugi, trzeci i czwarty lekarz powiedzieli mi dokładnie to samo, nie miałem już jak zaprzeczać. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzę, jak absurdalnie wyglądało moje codzienne życie.

Wychodziłem z domu w środku lata, w krótkich spodenkach i koszulce, sprawdzałem, czy mam telefon, klucze... i obowiązkowo krople do nosa. Bez nich nie czułem się bezpiecznie.

Tak samo było w podróży. Kiedy leciałem samolotem, spray musiał być zawsze pod ręką, najlepiej w kieszeni spodni. Bałem się, że jeśli schowam go do torby, nie zdążę go znaleźć, kiedy zatka mi się nos.

Podobnie za każdym razem, gdy wsiadałem do samochodu. Pierwszy odruch? Krople do schowka albo do uchwytu na kubek, żeby były w zasięgu ręki.

A mimo to przez długi czas uparcie powtarzałem: "Nie mam żadnego problemu". Dziś widzę, jak bardzo byłem wtedy w błędzie. Na szczęście ten etap jest już za mną.

Lekarz: Ostrzeżenia są, ale rzadko czytamy ulotki

Jak to możliwe, że mała, niepozorna buteleczka z kroplami do nosa może przejąć kontrolę nad codziennym życiem? Dlaczego preparat, który ma przynieść ulgę, po czasie może stać się źródłem problemu? O mechanizmie uzależnienia od kropli do nosa rozmawiam z lekarzem Leszkiem Cichoszem, specjalistą otolaryngologii.

– Lubimy szybkie efekty. Nikt nie chce czekać tygodniami na poprawę, a te preparaty w kilka minut odtykają nos i przynoszą wyraźną ulgę – tłumaczy lekarz.

Właśnie ta natychmiastowa ulga sprawia, że łatwo wpaść w pułapkę. Najpierw sięgamy po krople z konieczności, później już z przyzwyczajenia. Ręka sama wędruje po kolejną dawkę. 

Problem zaczyna się wtedy, gdy krople stają się codziennością. Choć ulotki wyraźnie informują, że nie należy stosować ich dłużej niż 3–5 dni, wielu pacjentów ignoruje to zalecenie.

– Ostrzeżenia są, ale rzadko czytamy ulotki. Rodzice zwykle pilnują, aby dzieci stosowały krople zgodnie z zaleceniami. Dorośli częściej pozwalają sobie na odstępstwa i wydłużają leczenie – zauważa lekarz.

Jak dodaje, pierwszym źródłem wiedzy bywają także farmaceuci. To oni często przypominają, jak długo można bezpiecznie stosować preparat.

– Na początku wszystko działa zgodnie z oczekiwaniami – krople obkurczają naczynia krwionośne i szybko udrażniają nos. Problem pojawia się przy ich długotrwałym stosowaniu. Organizm stopniowo przyzwyczaja się do leku i coraz trudniej oddychać bez kolejnej dawki – tłumaczy lek. Leszek Cichosz.

Receptory stają się mniej wrażliwe, a efekt utrzymuje się coraz krócej. Kiedy lek przestaje działać, naczynia rozszerzają się bardziej niż przed jego zastosowaniem. Śluzówka puchnie, nos ponownie się zatyka i pacjent znów sięga po krople. Tak zamyka się błędne koło.

lek. Leszek Cichosz

otolaryngolog

W skrajnych przypadkach zmiany są na tyle zaawansowane, że konieczne staje się leczenie laryngologiczne. Nie oznacza to jednak od razu operacji.

– Zabieg rozważamy dopiero po wykluczeniu innych przyczyn, takich jak alergia, skrzywienie przegrody nosa, przewlekłe zapalenie zatok czy choroby błony śluzowej. Dopiero po pełnej diagnostyce można myśleć o zmniejszeniu małżowin nosowych – wyjaśnia lek. Leszek Cichosz.

Podstawą leczenia pozostaje jednak odstawienie kropli obkurczających i wdrożenie odpowiedniej terapii.

– Zalecamy sterydy donosowe, które działają przeciwzapalnie i długofalowo, choć nie dają natychmiastowej ulgi. Do tego płukanie i nawilżanie nosa solą fizjologiczną oraz leczenie chorób współistniejących, takich jak alergia czy przewlekłe zapalenie zatok – tłumaczy lekarz.

W większości przypadków takie postępowanie wystarcza. Błona śluzowa stopniowo się regeneruje, choć tempo powrotu do zdrowia zależy od czasu stosowania kropli.

– Jeśli były używane przez kilka tygodni, poprawa przychodzi szybciej. Przy wieloletnim stosowaniu proces trwa znacznie dłużej, ale zwykle kończy się powrotem do prawidłowej funkcji nosa – dodaje.

Otolaryngolog uspokaja, że z uzależnienia od kropli w większości przypadków można wyjść, choć wymaga to czasu i cierpliwości. Jednocześnie podkreśla, że są objawy, których nie należy ignorować.

– Krwawienie z nosa, silny ból twarzy, ropna wydzielina czy utrata węchu to tzw. red flagi. W takich sytuacjach nie warto zwlekać z wizytą u specjalisty – zaznacza.

Dalsza cześć tekstu poniżej

Lekarz: Z tego da się wyjść 

Do jego gabinetu trafiają zarówno pacjenci świadomi problemu, jak i ci, którzy przez lata nie zdawali sobie sprawy z uzależnienia.

– Jedni przychodzą i mówią wprost: "jestem uzależniony, chcę z tym skończyć". Drudzy są przekonani, że skoro krople przynoszą ulgę, można stosować je bez ograniczeń – opowiada lekarz.

Najczęściej pacjenci przyznają, że bez wieczornego psiknięcia nie są w stanie zasnąć. Jak dodaje Cichosz, zdarzają się pacjenci, którzy stosują preparat przez wiele lat. Najdłuższy taki przypadek w jego praktyce dotyczył osoby, która używała kropli przez 10 lat – w najgorszym okresie nawet co dwie godziny. Pacjent miał kilka buteleczek w różnych miejscach: w domu, w pracy i w samochodzie, a jedną stale przy sobie.

Pierwsze dni po odstawieniu bywają najtrudniejsze, dlatego leczenie nie zawsze oznacza natychmiastową rezygnację z preparatu.

– Czasem lepiej robić to stopniowo. Najpierw odstawiamy krople do jednego nozdrza, a po kilku dniach do drugiego. Pacjenci zwykle lepiej znoszą taką metodę – wyjaśnia.

Czy w takim razie dostęp do kropli do nosa powinien być ograniczony, skoro mogą uzależniać? Zdaniem lekarza nie tędy droga. 

– Najważniejsza jest edukacja i podnoszenie świadomości pacjentów. Pamiętajmy, że to skuteczne leki dostępne bez recepty, które ułatwiają leczenie krótkotrwałych dolegliwości i odciążają system ochrony zdrowia. Moim zdaniem większy nacisk powinno się położyć na edukację i przypomnienie, że nie powinny być stosowane dłużej niż 5–7 dni – podkreśla. 

Jak dodaje, większość pacjentów używa ich prawidłowo, szczególnie w trakcie infekcji wirusowych, kiedy samoleczenie bywa wystarczające. 

– Ważne jednak, by nie traktować ich jako stałego rozwiązania problemu zatkanego nosa i zachować czujność – podsumowuje lek. Leszek Cichosz.