Modelka plus size
Po co mamy dziś starać się pokochać nadmiarowe kilogramy, skoro Ozempic pomoże je szybko zlikwidować? Fot. Shutterstock

Jeszcze kilka lat temu na TikToku królowały hasztagi o pokochaniu swoich rozstępów. Dziś walczymy o zastrzyki z Ozempicu, licytujemy się zrzuconą wagą, a aplikacje skrupulatnie liczą nam kalorie. Równie chętnie wstrzykujemy sobie botoks, powiększamy usta i likwidujemy kurze łapki. – Prawdziwej mody na ciałopozytywność nigdy nie było. To jedynie chwyt marketingowy, który przeminął – punktuje bezlitośnie Kaya Szulczewska, aktywistka i twórczyni "Ciałopozytywu". I dodaje, że wchodzimy w erę jeszcze bardziej nierealnych standardów.

REKLAMA

Magda co drugi post oznaczała hasztagiem #selflove i zaklinała się, że kocha siebie taką, jaka jest: z rozstępami po dwóch ciążach, dodatkowymi kilogramami i pogłębiającą się lwią zmarszczką. Dzisiaj Magda należy do trzech grup na Facebooku dotyczących "redukcji", waży każdy liść sałaty i z zapartym tchem śledzi spadek BMI.

Nie jest w tym sama. Tysiące kobiet po cichu odwróciło się od ruchu body positivity, zamieniając hasła o samoakceptacji na skrupulatne liczenie kalorii. Dziś zamiast o akceptowaniu siebie częściej rozmawia się o ilości białka w diecie i o tym, czy 1200 kalorii to już głodówka, czy jeszcze "zdrowy deficyt".

Gdzie się podziała samoakceptacja?

Beatę znam od lat. Zgodziła się, żeby opisać jej historię pod zmienionym imieniem. Zawsze była zagorzałą przeciwniczką zabiegów estetycznych, nawet tych drobnych. Powiększenie ust? "Fuj, glonojad". Brwi permanentne? "A po co wydawać tyle pieniędzy, można sobie kreskę samej namalować". Botoks na zmarszczki? "Nic z tych rzeczy, zmarszczki to ślady naszych przeżyć" – mawiała filozoficznie.

Było tak do momentu, w którym zmieniła pracę i zaczęła zarabiać wielokrotność swojej poprzedniej pensji. Pierwsze, co zrobiła, to pobiegła powiększyć usta, a potem zlikwidowała sobie lwią zmarszczkę.

Historia Kaśki jest inna: zawsze uważała, że jest pulchna po mamie i po prostu nie ma na to wpływu. Lubiła swoje kształty, dumnie prezentowała okrągłe ciało na Facebooku. Uwielbiała ciałopozytywność. Wszystko zmieniło się, kiedy zakochała się w mężczyźnie, który zasugerował jej, żeby schudła – rzekomo w trosce o jej zdrowie. Body positivity przekreśliła grubym, czerwonym markerem. Nadal pozuje do zdjęć, tyle że w idealnie dopasowanym bikini i już zawsze z mężczyzną u swojego boku.

Ruch, który miał nas wyzwolić, przegrywa dziś z nową obietnicą ideału. Widać to chociażby na kobiecych forach:

"Wiecie, jak załatwić Ozempic, jak się nie ma cukrzycy?" – pyta z profilowego zdjęcia ładna, okrągła trzydziestolatka.

"Muszę schudnąć do lata 15 kg, błagam, pomóżcie!"

"Mam 35 lat i już widzę, jak twarz mi się posypała. Czy nie jest jeszcze za późno na botoks?"

Historie z internetu i rozmowy między kobietami to jedno, ale zmianę widać też w samej kulturze popularnej i modzie. Jeszcze kilka lat temu marki prześcigały się w deklaracjach o inkluzywności. W 2021 roku Victoria’s Secret, amerykański producent bielizny, ogłaszał koniec ery "Aniołków" i stawiał na ambasadorki reprezentujące różne sylwetki, wiek i doświadczenia. Problem w tym, że… sprzedaż zaczęła lecieć na łeb, na szyję. Marka straciła swój "seksapil", a klientki – paradoksalnie – zaczęły odchodzić do konkurencji.

Dziś świat mody coraz częściej wraca do estetyki bardzo szczupłego ciała, dobrze znanej z lat 90. Raporty dotyczące różnorodności na wybiegach pokazują, że podczas ostatnich tygodni mody w Nowym Jorku, Londynie czy Mediolanie liczba modelek plus-size wyraźnie spadła. Branża, która jeszcze niedawno mówiła o "przełamywaniu kanonów", po cichu zaczyna wracać do dawnego ideału sylwetki.

Kiedy pojawił się nowy trend – oparty na farmakologicznym odchudzaniu – rynek bardzo szybko zmienił kierunek. Ogromną rolę odegrały w tym leki takie jak Ozempic. Szczupłość, która przez lata miała być "odzyskiwana" poprzez samoakceptację i zmianę myślenia o ciele, nagle zaczęła być przedstawiana jako coś dostępnego niemal od ręki. To całkowicie zmieniło sposób, w jaki rozmawiamy dziś o wyglądzie.

Zmianę widać także w mediach społecznościowych. Algorytmy, które jeszcze niedawno promowały treści o akceptacji ciała i różnorodności sylwetek, dziś coraz częściej premiują bardzo szczupłe, idealnie wygładzone ciała.

"Rzeźbienie" w żywej tkance

Światowe magazyny donoszą, że era ciałopozytywności dobiega końca, a moda na szczupłą sylwetkę wraca do łask. Coraz chętniej korzystamy również z zabiegów upiększających, a medycyna estetyczna obiecuje nam idealny wygląd.

Czy to oznacza koniec ruchu body positive? O to pytam Kayę Szulczewską, aktywistkę i twórczynię "Ciałopozytywu".

– Odpowiem przewrotnie: prawdziwej mody na ciałopozytywność nigdy nie było – mówi wprost. – Gdy osiem lat temu zaczynałam prowadzić swój profil na Instagramie, mainstream nie wykorzystywał jeszcze tej estetyki w reklamach. Szybko się to jednak zmieniło. Marki zaczęły angażować osoby kojarzone z tym ruchem – modelki plus size albo kobiety nadal mieszczące się w kanonie, ale wyróżniające się np. bielactwem czy piegami. Już wtedy postrzegałam to przede wszystkim jako narzędzie marketingowe.

Zdaniem aktywistki, firmom nigdy nie chodziło o realną zmianę społeczną czy odchodzenie od kultury odchudzania, lecz o kliki i zasięgi. 

– Jeśli marka zatrudniła do reklamy kobietę z nadwagą, dyskusja była gwarantowana. Jedni krytykowali, inni bronili, a marka zyskiwała rozgłos za darmo. Nawet modelki plus size wybierano według określonego klucza: z klasyczną urodą i sylwetką klepsydry, często po zabiegach modelujących – zauważa. 

Jak mówi dalej, dziś ten trend w reklamie po prostu się wyczerpał, a marketingowcy szukają nowych bodźców. Co gorsza, popularność ruchu body positive w żaden sposób nie zahamowała ekspansji medycyny estetycznej.

Moja rozmówczyni dodaje, że rynek stale rośnie, a technologie modyfikowania ciała są dziś bardziej zaawansowane niż kiedykolwiek. 

– Współczesne kanony przypominają "rzeźbienie" w żywej tkance: tłuszcz usuwa się z jednych miejsc i przeszczepia w inne. Dobrym przykładem jest brazylijski lifting pośladków (BBL), który dekadę temu był w Polsce egzotyką, a dziś, dzięki celebrytkom normalizującym go w mediach społecznościowych, stał się niemal standardem. Przekaz jest prosty: jeśli chcesz być pożądana, musisz "poprawić" naturę – mówi gorzko. 

– Miałam nadzieję, że nawet jeśli ciałopozytywność była częściowo marketingiem, to jednak komuś pomogła zaakceptować siebie. Czy kobiety o większych rozmiarach odczują dziś odwrót od tego trendu? – pytam.

– Sama reprezentacja "ciałopozytywek" mogła poprawiać samopoczucie, ale to poczucie bycia "widzianą" było w dużej mierze pozorne – odpowiada Kaya. 

Jako dowód wspomina ankietę przeprowadzoną wśród swoich obserwatorek. Zapytała je, ile z nich chce się odchudzać: – Mimo że oskarżano mnie o promowanie otyłości, większość tych kobiet i tak chciała się odchudzać. Często nie były to osoby z nadwagą, lecz po prostu osoby źle czujące się we własnym ciele.

Po niemal trzyletniej przerwie od działalności w sieci Szulczewska wróciła z poczuciem, że sytuacja wręcz się pogorszyła. Jak mówi, choć treści ciałopozytywnych jest w sieci więcej, presja wyglądu przybrała na sile, wzmocniona przez AI i wszechobecne filtry. 

– Wchodzimy w erę jeszcze bardziej nierealnych standardów. Z jednej strony TikTok pokazuje ogromną różnorodność – ludzi z chorobami czy defektami, których mainstream wcześniej unikał jako "nieestetycznych". Z drugiej strony, ta widoczność nie zatrzymała obsesji ulepszania siebie. Dziś tę presję często przykrywa dyskusja o Ozempicu – dodaje.

Dalsza część tekstu poniżej

Według aktywistki popularność tego leku obnaża głębszy problem: po farmakologię sięgają osoby o prawidłowej wadze, którym przeszkadza kilka fałdek. To pokazuje, że ciało wciąż traktowane jest jak produkt, a nie podmiot.

– Chciałabym, aby to wybrzmiało: ciałopozytywność w moim rozumieniu to nie "bycie grubym", ale traktowanie ciała jako podmiotu, a nie przedmiotu. To świadomość, że ciało to ja – to ono pozwala mi funkcjonować w świecie – podkreśla. 

I dodaje: – Oczywiście, można podjąć decyzję o odchudzaniu, ale nie musi to być radykalny krok, jak przejście na Ozempic. Można rozłożyć ten proces na pięć lat, skupiając się na trwałej zmianie nawyków żywieniowych i stylu życia. Być może nie schudniemy wtedy "do zera", zostaniemy z lekką nadwagą, fałdkami czy obwisłą skórą, bo nie poddamy się operacji, ale nasze myśli będą skupione na czymś innym.

Czytaj także:

Szulczewska zwraca uwagę, że w 2026 roku kult perfekcji przestał być wyłącznie domeną kobiet. Polska medycyna estetyczna silnie się "zamerykanizowała", co widać już nie tylko w sieci, ale i na ulicach.

– Marketing promuje przeszczepy włosów, "hollywoodzki uśmiech" z Turcji czy modelowanie żuchwy, jednocześnie zawstydzając panów za naturalne oznaki starzenia. Słyszę nawet o implantach łydek, modelowaniu żuchwy wypełniaczami czy przeszczepach tłuszczu imitujących mięśnie brzucha. Skala ingerencji jest ogromna, a decyzje często podejmowane są bez rzetelnej wiedzy o powikłaniach – zauważa.

Czy w świecie zdominowanym przez AI i kult Ozempicu jest jeszcze miejsce na misję Szulczewskiej? – Tak. Taka przeciwwaga jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Wyzwanie polega na tym, jak dotrzeć do młodych ludzi, w tym do mężczyzn, bo medycyna estetyczna dla panów staje się w Polsce coraz popularniejsza. Najciekawsze jest to, że ludzie modyfikują się na potęgę, a mimo to wcale nie stają się szczęśliwsi. 

Psycholożka: Ciało to nie dekoracja

O zmierzchu ciałopozytywności chcę porozmawiać także z dr Joanną Gutral, psycholożką, psychoterapeutką i psychoedukatorką. Tyle że już na początku rozmowy dr Gutral podważyła sam punkt wyjścia tej opowieści. 

– Może spróbuję obalić pewną hipotezę – zaczyna. – Przede wszystkim musimy określić, czy ciałopozytywność to trend, który za chwilę przeminie, czy realny obszar naszej rzeczywistości. Trendy mają to do siebie, że przemijają, a ludzkie ciało – nie. To, że nasze ciała są różne, nie jest kwestią mody.

Ekspertka zwraca uwagę na niebezpieczne zjawisko komercjalizacji ruchów społecznych, zwłaszcza przez branżę wellness. Media i platformy społecznościowe często próbują "sprzedać" ciałopozytywność jako kolejny trend, co ma swoje skutki uboczne. Choć zwiększa to widoczność problemu, jednocześnie sprawia, że ruch, który miał na celu realną zmianę, zostaje przejęty przez rynek i sprowadzony do estetycznego kanonu.

Dr Gutral podkreśla: – Większy rozmiar nie wyklucza sprawności, a zdrowie ma wiele odsłon i rozmiarów. Dochodzi do tego również aspekt społeczny: sprzeciw wobec narzuconych odgórnie wzorców i potrzeba decydowania o tym, kim chcę być i co mi się podoba. Fundamentem ciałopozytywności jest świadomość, że różnorodność sylwetek to fakt biologiczny, a nie wybór estetyczny.

Sprowadzanie tego ruchu do trendu wypacza jego sens. Ciałopozytywność ewoluuje, reaguje na świat i nową wiedzę, ale jej trzon pozostaje niezmienny: to prawo do bycia sobą i w zgodzie ze sobą poza dyktatem smukłości. 

Jak zatem w świecie pełnym ocen czuć się ze swoim ciałem dobrze? Według dr Gutral kluczem jest zmiana paradygmatu – z tego, jak ciało wygląda, na to, co dla nas robi.

– Warto zastanowić się, jakie mamy przekonania na temat własnego ciała: czym ono dla nas jest i jaką pełni funkcję? – wyjaśnia psychoterapeutka. – Jeśli traktujemy je wyłącznie jako ozdobę, nasze wymagania będą zupełnie inne niż u zawodowego sportowca, dla którego ciało to narzędzie pracy.

Dla większości z nas ciało nie musi być ani idealną dekoracją, ani wyczynową maszyną. Może być po prostu fundamentem. To coś, co pozwala mi funkcjonować i realizować życiowe role: być rodzicem, studentem czy partnerem. Zamiast skupiać się na wyglądzie, zapytajmy siebie: Czy moje ciało pozwala mi przemieszczać się z punktu A do punktu B? Czy spełnia funkcje, których od niego oczekuję? Jak mogę się nim zaopiekować, gdy niedomaga? Czy to co robię pozwala mi o nie zadbać?

dr Joanna Gutral

psycholożka, psychoterapeutka i psychoedukatorka

Problem z traktowaniem ciałopozytywności jako trendu polega na tym, że znów zaczynamy wierzyć, iż nasze ciało powinno być "jakieś" – na przykład szczupłe, bo tak sugeruje świat zewnętrzny. Tymczasem dr Joanna Gutral przypomina o wyzwalającej perspektywie:

– Mogę po prostu chcieć, aby moje ciało pomagało mi funkcjonować, czy korzystać z życia i realizować pasje. Ono wcale nie musi być szczupłe, by być skuteczne. Kiedy zrozumiemy, do czego naprawdę potrzebujemy swojego ciała, świadomość kanonów piękna przestanie nas zmuszać do dopasowywania się do nich za wszelką cenę.